środa, 20 kwietnia 2016

Kocham Pana, Panie Szczepanie!


Przyszedł czas, by przedstawić Szczepana. To mój brat regionalny, ale ze Śląska. Szczepan Twardoch to bardzo ciekawa postać. W świecie polskiej literatury jest od dawna, ale dopiero ostatnie książki przyniosły mu zasłużony rozgłos. "Morfina", "Drach" to dzieła sztuki, a ostatnio wydane dzienniki "Wieloryby i ćmy" przybliżyły mi człowieka i sprawiły, że mocniej zapadł w serce. "Od pewnego czasu żyję taką wizją, fizycznego, fizjologicznego wrośnięcia w ziemię, gdzie się urodziłem i gdzie urodzili się wszyscy, z których ja się urodziłem. Przyśniło mi się to i już zostało ze mną. Kiedy idę rano po bułki, to depczę po kościach, i to są moje własne kości, bo kości moich przodków są moje. Krew w moich żyłach jest tą samą wodą, która płynie pod powierzchnią ziemi, ciała moich przodków krążą w moich żyłach i ja, kiedy już umrę i zapadnę się pod ziemię, to żył będę dalej, tak jak oni żyją - w drzewach, spływał będę na ziemię w deszczu i krążył w żyłach moich synów, będę odradzał się zielonym nalotem na brązie gliwickich rzeźb i na dachach kościołów. Nawet nie wyobrażam sobie jak to jest być z daleka, umiem być tylko stąd. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy tą wizją żyję, czy raczej jestem nią prześladowany, w każdym razie wydaje mi się czymś więcej niż metaforą; jakby była oknem, judaszem może raczej, przez który mogę podejrzeć, co jest za zasłoną czasu, za pierwszą warstwą rzeczywistości." Ten cytat jest mi szczególnie bliski, bo czuję podobnie. Na Kociewiu przemawia do mnie każdy kamień, wierzba na polu i czerwona cegła nadwiślańskich kościołów. Wszystko to opowiada znane i nieznane historie, które łączą się z historią mojej rodziny i tym samym ze mną bezpośrednio. Czuję dużą wdzięczność za poczucie przynależności, bo to daje mi jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. "Jesteś stąd" mówi mi ziemia, i poprzez krew i historię scala mnie ze sobą. Tu umrę za jakiś czas i tu żyć będę we krwi i pamięci moich przyszłych dzieci. Wiem, to wszystko brzmi jak zaklęcie wypowiadane szeptem nad kotłem, w towarzystwie czarnego kota i trupiej czachy, ale właśnie tak czuję moje kociewie.

Wracając do Szczepana. Przyciągnął mnie do siebie nie tylko dobrą literaturą, ale również tym, że jest bardzo interesującym człowiekiem, obok którego na pewno nie można przejść obojętnie. Mówi się o nim, że wkurza, że jest arogancki. A ja myślę, że mówią to ci, którzy zazdroszczą mu mocnego zdania lub się tego zdania boją. Szczepan nosi się jak dandys - zawsze nienagannie ubrany, elegancki, z drogim zegarkiem na ręku i zaczesanym włosem o rudym odcieniu. A niech się człowiek ubiera jak chce, niech jest pisarzem-modelem. I niech jest ambasadorem mercedesa - to też wielu ubodło. Jak to? Polski pisarz, inteligent, nie klepie biedy, tylko się sprzedaje za dobre auto? Dlaczego aktor promujący bank tak nie oburza jak pisarz? Opinia publiczna mocno się wypowiadała w tym temacie roztrząsając czy to słuszne, czy to wypada. A co ma piernik do wiatraka, się pytam? Pisarz ma bronić się swoją książką, a to co robi dodatkowo, to jego sprawa. Znów zazdrość, myślę, i jakiś dziwny stereotyp wywodzący się jeszcze od Norwida. Śmiałam się w głos jak czytałam wypowiedź Pawła Dunin-Wąsowicza, który napisał tak o Twardochu "Nie mogę Cię odtąd poważnie traktować jako pisarza" plus jeszcze to "rozumiem, że prestiż pisarza przy obecnej niedużej konsumpcji książek jest stosunkowo niski i przyjąłeś propozycję, która to waloryzuje. Osobiście nie zazdroszczę, nie mam prawa jazdy, jeżdżę komunikacją publiczną albo na rowerze. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że jeśli chciałeś zakwestionować etos literatury, w której języku tworzysz, to udało się świetnie.". Podoba mi się odpowiedź Szczepana - krótko, dosadnie i z klasą: " Paweł, ja się do tego etosu nigdy nie zapisywałem i w ogóle się doń nie poczuwam. Nigdy też nie składałem ślubów ubóstwa. Prestiż zawodu pisarza wydaje mi się stosunkowo wysoki, skoro wygenerował taką propozycję – którą przyjąłem bo kocham samochody. Just like that. Pozostaję z szacunkiem." Myślę sobie też, że trzeba pogratulować marketingowi Mercedesa, który wymyślił Twardocha jako ambasadora marki. Chyba żaden ambasador nie wywołał tyle medialnego szumu, a co za tym idzie nie zwrócił uwagi na promowany produkt. Słupki sprzedaży na pewno poszły w górę. 

Szczepan Twardoch cieszy się codziennością, tym co życie przynosi mu w darze. Cieszy się swoimi synami, rodziną, tym, że po bułki idzie rano. Cieszy się, że wieczorem pije wino z przyjaciółmi i podchmielony wraca do domu. Czego więcej chcieć? Trzeba korzystać z chwili, kiedy jest dobrze i człowiek nie ma większych problemów. Trzeba cieszyć się z dziś, bo jutro jest niewiadomą. 

Serdecznie polecam książki Twardocha. Kto jeszcze ich nie miał w ręce, ten powinien po nie sięgnąć. Pozdrawiam mojego śląskiego brata Szczepana i życzę sobie, by kiedyś zdarzył nam się moment rozmowy nad szklanką dobrego piwa.

P.S. Pozdrawiam również mojego śląskiego męża!





niedziela, 10 kwietnia 2016

Lanckoroński spokój ducha!


U Dusi i Romana w Lanckoronie
Nieopodal Krakowa, pod lanckorońską górą, w starym, pięknym domu, otoczeni przyrodą i magią mieszkają dobrzy ludzie. Przyjmują pod swój dach każdego, kto zapuka do drzwi. Gość natychmiast dostaje najlepszą na świecie kawę i zostaje posadzony w głębokim, miękkim fotelu i nawet nie wie kiedy, a zaczyna rozmawiać. Prawdziwie rozmawiać! Bo słowa w tym miejscu mają znaczenie. Atmosfera lanckorońskiego domu powoduje, że gość się rozluźnia i czuje, że wszystkie jego bolączki i troski uciekają albo co lepsze, znajdują swoje rozwiązanie. Tu człowiek głośno się śmieje z dobrych żartów. A kiedy trzeba to zamilknie i w tej ciszy też jest mu dobrze. Gospodyni dba o swoich gości i przygotowuje zdrowe posiłki - od Halinki, sąsiadki z góry weźmie swojską mąkę i upiecze dobry chleb. Na stole pojawia się też pasta z pieczonej marchewki, samorobna bryndza i pesto z czosnku niedźwiedziego. Kiedy przyjdzie wieczór, gospodarz rozpali w kominku a Ty gościu, usiądziesz wygodnie i przy lampce wina znów bajasz, opowiadasz, słuchasz, bo miejsce tak Cię pootwierało, że sam siebie nie rozpoznajesz. Lubisz tutaj siebie i ludzi. Aj, co to jest za raj, do którego tęsknię. Wierzcie mi, że nie znam osoby, która po przekroczeniu progu tego starego domu, nie poczułaby się po prostu dobrze.





Domu pilnują dwa koty - Antoś i Karol.
Na strychu odbywa się joga.
Przy domu jest stodoła... a w stodole dzieją się ciekawe rzeczy. Na przykład koncerty i warsztaty aktorskie!
Pierwsze zdjęcie przedstawia kiszenie kapusty przez dwie dziewice, drugie kolację dziwadeł podczas Halloween!
Do Dusi i Romana przyjeżdżamy od 6 lat, a wydaje mi się, że od zawsze. Przy okazji wyjazdu na święta wielkanocne na południe Polski, odwiedziliśmy znów ten lanckoroński dom. Jak zwykle naładowaliśmy baterie pozytywną energią, którą na pewno poczuł mój mały synek, bo był bardzo spokojny, spał jak suseł i w czasie czuwania, z szeroko otwartymi oczami chłonął, co zobaczył. Jurek-mądrala wie.


Pogoda była dla nas łaskawa - pozwoliła nam nie tylko wypić ze 20 kaw i 30 herbat na świeżym powietrzu, ale i zjeść pyszne śniadanie na tarasie przed domem. Jak smakuje zdrowy posiłek w otoczeniu przyrody, ten tylko się dowie, kto odwiedzi ten dom i jego mieszkańców. A w odwiedziny przychodzą różni ludzie i różne stworzenia. Na przykład raz do domu Dusi i Romana przyszła kura. Posłuchajcie tej historii:



KURA (historia prawdziwa)
Dorota Stępień (Dusia)

Śnieg padał przez cały tydzień. Mróz ścisnął na dobre. Za oknem zadymka. Dookoła zaklęta w zimową ciszę przestrzeń, spowiła białym snem ludzi i naturę. Wokoło słychać było tylko świst wichru miotającego we wszystkie strony gromady płatków śniegu. Ciemność zapadała szybciej niż dzień zdołał się na dobre obudzić. Otworzyłam drzwi żeby drewna do kominka przynieść. I wtedy ją zobaczyłam. Stała skurczona na progu. Czarna, zziębnięta  kura z czerwonym grzebieniem.
Proszę Państwa, oto Kura...

Skinęłam głową na powitanie, choć wydawało mi się to idiotyczne. Skinęła również ona, weszła do sieni. Rozpostarła czarne skrzydła i jak ptak wzlatujący strzepnęła na podłogę śnieg i zmoczyła ją dokumentnie. Zachęciłam ją do wyjścia…nie skorzystała. Rozejrzała się. Przeszła do pokoju z kominkiem zostawiając na podłodze małe strzałki stóp i rozsiadła się w różowym fotelu jak na grzędzie.
-  Co tak patrzysz? Przynieś nalewkę - zagdakała.

Czując że sprawa jest poważna, pospieszyłam do kredensu.
- Słyszałam że coś piszesz. Twoje koty się tym po okolicy chwalą, że będą w książce. Dumne chodzą i wkurzają  wszystkich. Swoją drogą, czy sądzisz że wyraz „wkurzają” pochodzi od nas czy od „kurzu”?

Kura – filozof? Dywagacje jakieś na temat będzie prowadzić, a przy tym wcale nie liczyła na dialog, bo zaraz mówiła dalej, nie dopuszczając mnie do głosu.

- Słyszałaś, że kury od dinozaurów pochodzą? W prostej linii? Więc słuchaj i nie komentuj głupio.
Zaczęłam się bać. Wyglądało na to, że czyta w moich myślach… Ale ona przechyliła tylko głowę, spojrzała jednym okiem i uśmiechnęła się dziobem.
- Wcześniej, jak was - ludzi -  jeszcze tu nie było, górę Lanckorońską otaczała wielka woda.
Jaka woda? – pomyślałam. Tutaj? Woda? Nie wytrzymałam, uśmiechnęłam się szyderczo, a ona natychmiast to skomentowała:
- Jajo mądrzejsze od kury, co? - zgasiła mnie i dołożyła - Kto zatem zamieszkiwał górę? -  Zapytała sprawdzając moją wiedzę. 
Zaczęłam szukać jakiejś mądrej odpowiedzi a kiedy już była na końcu języka, gdaknęła:
- Ptaki! No ptaki przecież, bo tylko one mogły się na tę górę dostać.
Przytaknęłam pokonana.
- To były piękne i wyjątkowe czasy. Ptaki, które tu przybyły, ukochały tę górę. Bezpiecznie tu było i spokojnie. Były wśród nich mniejsze i większe, kolorowe i szare, z małymi skrzydełkami, które niosły niewielkie ciałka i z tymi ogromnymi do dalszych lotów przysposobione. Były też piękne, jednolicie czarne z pięknymi czerwonymi grzebieniami.
Tu kura poprawiła się demonstrując swoje pióra i grzebień. Pomyślałam, że zmyśliła to na poczekaniu żeby podkreślić swoją urodę.

- Masz coś przeciw czerni? - zapytała.
Postanowiłam, że od tej pory będę bardziej kontrolować swoje myśli, a ona mówiła dalej.

- Każdy nowy ptak witany był przez pozostałe z radością, podziwem i wdzięcznością. Wydawało się, że natura nic już nowego nie urodzi a jednak… co chwila pojawiał się następny jeszcze bardziej wyjątkowy i niepowtarzalny. Mieszkał tu chór śpiewaków najwyższej klasy. Zbierał się, gdy na świat przychodziło jajo, z którego miało się wykluć wyczekiwane przez rodziców pisklę. Chór to był nieskazitelnie czysty, niespotykanie harmonijny i doskonały. Dołączające się do niego głosy wiedziały, w którym miejscu i jakim tonem mają wejść we frazę, żeby wzbogacić brzmienie o kolejną  barwę... Ptaki trylowały.
Tu kura wygięła łeb do góry, rozwarła szeroko dziób  i wydała z niego coś co nie przypominało wcale trylu.

- Byłaś w tym chórze? - zapytałam.

- Koooo.
Odchrząknęła i mówiła dalej.  
- Z czasem przestały im być potrzebne skrzydła które niosły do lotu, ponieważ nie miały za czym gonić po świecie i czego więcej szukać. Zaczęły prowadzić bardziej osiadły tryb życia. 
Kura zamyśliła się, wychyliła nalewkę z kieliszka, przełknęła, zacisnęła oczy i mówiła dalej.
- Tego dnia ptasia opera była wyjątkowa. Imponująca i wzniosła. Przenikała powietrze. Wzbogacały ją pomruki  krzewów i drżenia liści. Nagle w jednym momencie, jakby przecięciem powietrza najostrzejszym, zapadła cisza. Był to dźwięk najdoskonalszy. Brzmiał brakiem decybeli, tętnił w nieskończoność, dudnił, krzyczał i bezszelestnie wył, wył, wył. Wszystkie ptaki, jak zaklęte zamarły. Jedne na ziemi, inne  w locie, niektóre w gniazdach na gałęziach. Z otwartymi dziobami milczały, jakby na coś czekając. Jakby wiedziały że to wielka, magiczna  chwila. Właśnie wtedy, w gnieździe na najwyższym drzewie, czarnopióra matka urodziła jajo. Ptaki w jednej sekundzie podleciały, żeby je powitać i zobaczyły, że było wyjątkowe. Wyjątkowe, bo złote.

Przełknęłam ślinę

- Na tym nie koniec – powiedziała kura -  Za chwilę pojawiło się następne, potem następne i następne. Zaczęły się rozsypywać i wszystkie pozostałe ptaki ruszyły, by je chronić i zbierać. Do wieczora na środku zielonej, soczystej polany stała usypana ogromna góra złotych jaj. Bardziej doświadczone ptaki zaczęły obstukiwać je dziobami i przykładać do nich uszy. Po czym orzekły, że nic się z nich nie wylęgnie. Na pewno.
Wyobraziłam sobie tę ogromną górę złotych jaj…
- Taaaaaak. Widzę to w twoich oczach – kura zbliżyła dziób do mojej twarzy tak blisko jakby, chciała zajrzeć mi w duszę i zasyczała: 
- Bogactwo. Pożądanie. Chciwość. Łatwo stracić rozum, co?
Odsunęłam się z trwogą.

- Spokojnie. Wszyscy to mają, kochana. Nawet ptaki. Mądre sowy zaraz zebrały się na naradę. Wiedziały, że jak szybko czegoś nie wymyślą, zniknie ich raj i zapanuje chciwość i żądza. Nie będzie już między nimi harmonii ani spokoju. Na ich rozkaz, górę złotych jaj otoczono strażami. Jednocześnie ptaki o mocnych pazurach kopały głębokie doły, a inne na łódkowatych skrzydłach znosiły do nich jaja układając jedne na drugich.

Moje myśli szukały podobnych historii w dziejach i  właśnie zaczęły wychwalać mądrość tego działania, gdy usłyszałam…
- Moja droga, niestety w każdym towarzystwie znajdzie się ktoś, kto wszystko zepsuje. W tym czasie kiedy większość ptaków pracowała, grupa ptaków pod wodzą Szarodziobego przejęła część złotych jaj i zgromadziła je pod wielkim konarem przy urwisku. Sprytne ptaki udając, że niosą jaja do dołów, ukrywały po kilka w gęstych piórach i wrzucały w umówione wcześniej miejsce. Nikt się nie zorientował.
Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Silny wiatr  wdmuchnął do sieni  chmurę drobnego śniegu. Pobiegłam zamknąć drzwi, chwyciłam ciepły szal z wieszaka  i wróciłam do kury.
- Otul się, otul. Zimno, co? Tej nocy też było zimno i spadł polarny śnieg. Mróz nastał jakiego nigdy jeszcze w tym regionie nie było. Ptaki schowały się pod ciężkimi od czap śniegu gałęziami i tuliły się do siebie. Ale nie wszystkie. Szarodzioby ze swoją ekipą widząc co się dzieje, wziął ten znak za wybawienie. Wiedział, że tutaj nie ma dla nich miejsca. Że tylko w świecie zrobi pożytek ze skarbu. Dookoła góry całą wodę pokrył gruby lód, po którym można było wydostać się z cennym łupem. Natura wytyczyła mu drogę ucieczki. Prędko z jodłowych gałęzi powstały sanie – rozłożyste, z szerokimi płozami i wygodnym siedzeniem z igliwia,. W nich bezpieczne miejsca zajęły złote jaja. Szarodzioby zaprzągł do sań trzy wielkie ptaki nieco podobne do srebrzystopiórych łabędzi, które nadawały się do ciągnięcia wielkiego ciężaru. Załadowane sanie ruszyły z góry z wielkim impetem. Dotarły do brzegu i pięknym ślizgiem wtoczyły na lód. Pędziły lodową drogą, żeby zdążyć przed świtem kiedy wzejdzie słońce. Chmura śniegu w blasku księżyca ciągnęła się za nimi jak ogon magicznej komety. Białe płatki śniegu mieszały się z granatem nieba, srebrzystą poświatą księżyca i złotem pobłyskującym z sań. Trójptasi zaprzęg – czegoś takiego świat  jeszcze  nie widział. Dwa zewnętrzne ptaki miały głowy zwrócone na zewnątrz, aby mogły rozglądać się czy nikt ich nie goni a w środku ptak najsilniejszy nadawał rytm biegu. Tętent i łopot powietrze rozdzierał, towarzyszył im ptasi pisk i chrzęst jodłowych sań.
Kura przerwała. Patrzyłyśmy sobie w oczy. Ja z oczekiwaniem co dalej a ona, bacznie mnie obserwując. Wydawało się że cisza trwa w nieskończoność.
- Co się tak denerwujesz. Nigdzie ci się nie śpieszy. Opowiadam więc się ciesz. I tak trafiło ci się jak ślepej...sama wiesz komu.
Poprawiała wysychające pióra, jakby dając mi coś do zrozumienia.
- W dziobie mi zaschło. Żadna kura za darmo nie gdacze. Jak chcesz słuchać dalej, to nalej. Nie żałuj. Jaka to nalewka? Napisz porządnie na butelce, bo bazgrzesz jak kura pazurem. Odczytać się nie da. 
Prędko dolałam, rozlewając po stole. Przechyliła głowę i łyczek po łyczku, powolutku sączyła nalewkę do ostatniej kropelki. Wytarła dziób skrzydłem i ciągnęła dalej.
- Tętent, tętent. Dudniło dookoła, trzeszczało i nagle kiedy sanie już prawie znikały za horyzontem huknęło tak, że zmarznięte ptaki pod drzewami przysypały czapy śniegu spadające z drzew. Kamienie z góry spadać zaczęły a ziemia dygotała. Ptaki w panice skrzydła do ruchu zrywały, uciekając przed siebie, rozbijając się jedne o drugie. Rysy jak błyskawice pędziły we wszystkich kierunkach, zmieniały swój tor, zakręcały i wracały. Pokrywały pajęczyną pęknięć coraz większą powierzchnię  i tworzyły uderzające o siebie kry. Straszliwa otchłań wody się pojawiła. Znikąd ratunku. Sanie wirować zaczęły, trzeszczeć, wirować  i pękać. Szarodzioby i jego towarzysze usiłowali ratować życie, ale kry uderzały z siłą zwielokrotnioną. Wysoka Fala pomagała im w tym tańcu śmierci. Złote jaja turlały się w obłędnym pędzie po lodzie i wpadały w lodowe szczeliny i znikały. Woda chłonęła wszystko. Jeszcze kilka chwil i nie było po nich śladu. Tak się natura z zachłannością rozprawiła.
Siedziałam z otwartą buzią, patrząc w ogień niewidzącymi oczami, gdy kura rozprostowała wysuszone skrzydła, przeciągnęła się i powiedziała:

- Po kilku dniach mróz zelżał. Z dnia na dzień woda opadać zaczęła. Opadała i opadała, aż zostały po niej w okolicy tylko strumienie. Widzisz, tak to jest jak się ma rozum tam, gdzie kura jajo. Na mnie już czas. Do kurnika muszę, bo mnie szukać będą. Lepiej w domu groch, kapusta niż na wojnie kura tłusta. Odprowadzisz?

Zerwałam się, żeby otworzyć drzwi. Wychodząc, zatrzymała się w progu, podniosła na mnie wzrok, mrugnęła porozumiewawczo i wyszła gdacząc. Patrzyłam za nią. W świetle księżyca znikła mi z oczu. Śnieg natychmiast zasypał po niej ślady i zapadła piękna zimowa cisza. Stałam tak jeszcze przez chwilę, ale silny podmuch śniegu wcisnął mnie do domu. Zatrzasnęłam drzwi na zasuwę i wróciłam do kominka.
Czy ona tu w ogóle była? Pomyślałam. Kura czarna? Chyba od tej samotni w głowie mi się roi. Przecież to niemożliwe. Muszę częściej bywać z ludźmi, wziąć się za siebie. Chwyciłam polano, żeby podłożyć do kominka. Wnętrze pokoju rozświetlił buchający ogień. Była tu czy nie była….Zamyśliłam się i wtedy to zobaczyłam. Na fotelu obok… całkiem spokojnie…. leżało złote jajo.
Jest i jajo! Plus rysunek autorstwa Dusi!


Prawda, że niesamowita historia? Koniecznie jedźcie do Lanckorony! Tam się naprawdę dzieją cuda!

piątek, 25 marca 2016

Wielkanocne tradycje na Kociewiu

W tym roku Wielkanoc na wyjeździe! Matka się rusza z domowej klatki, pakuje swojego Juraska i w drogę! Bardzo się cieszę na ten wyjazd, bo odwiedzimy wiele bliskich nam osób. Dni świąteczne spędzimy z rodziną w Jordanowie, potem udamy się do Dusiowego domku w Lanckoronie, a następnie pojedziemy na stare śmieci, czyli do Krakowa! Przygód będzie co niemiara! Ale ta wycieczka nie powstrzyma mnie przed opowiedzeniem, jak to się spędza Wielkanoc na Kociewiu! A jest o czym opowiadać! 

Już w Wielki Czwartek działy się na Kociewiu ciekawe rzeczy. Palono wtedy "Judaszowe ogniska". W gospodarstwie palono wszelkie śmieci, suche trawy i chrusty. W tym okresie nie było sucho, więc podpalone odpady nie buchały płomieniem, tylko tliły się i mocno kopciły. Dym wił się ciężko po ziemi i roznosił powoli po okolicy gryząc wszystkich w oczy. Wlokły się takie "judasze" przez cały dzień i psuły nastroje. Jednak gdy pogoda okazywała się ładna i słoneczna, dym unosił się ku górze, ku niebu. Wg kociewskiej przepowiedni, takie zachowanie "judasza" mogło oznaczać jakieś nieszczęście. 

Wielki Piątek to czas zadumy i postu. W ten dzień nie wypadało głośno się śmiać i bawić, unikano wykonywania ciężkich prac domowych, a także szczególnie przestrzegano zasad ścisłego postu, więc jadano tylko suchy chleb i pito wodę. Dziś odwiedziłam moich Dziadków, którym bliskie są tradycje regionu. Na obiad mieli śledzia w śmietanie i ziemniaki. Proste, postne danie. I choć powinnam wręcz płakać i umartwiać się nad tym śledziem, to tak mi smakował, że poprosiłam o dokładkę!

W Wielką Sobotę gospodynie piekły tradycyjny wielkanocny chlebek nazywany Paską, która była wypiekana z razowej mąki pszennej, gryczanej albo żytniej. Przy wyrabianiu ciasta należało zachować bezwzględną ciszę (co w przypadku kobiet mogło okazać się bardzo trudne) i do tego w izbie nie mógł przebywać żaden mężczyzna. Chłopcom, którzy zignorowali tę tradycję groziła przykra dolegliwość, a dorosłym mężczyznom siwe wąsy. Zadaniem młodych mężatek było posmarowanie chlebka słoniną i przyozdobienie go znakiem krzyża. Ciekawa rzecz - jeśli w kościele doliczono się 24 przypalonych chlebków, mogło to oznaczać upalne lato! 

W ten dzień barwiono jajka poprzez użycie tego, co daje matka natura. Żółty kolor otrzymywało się dzięki liściom brzozy, olchy, kory szakłaka i młodej jabłoni. Kolor czerwony można było uzyskać z kory kruszyny i dębu oraz z łupin cebuli. Marchew i dynia barwiły na pomarańczowo. Bordowy kolor dawała gorąca kąpiel w łupinach orzecha. Tarnina dawała kolor niebieski, a różne zioła czy listki oziminy zmieniały bladą skorupkę jajka w zieloną. Tradycję kraszenia jajek siłami natury do dziś kultywuje moja Babcia Jadzia, używając przede wszystkim łupin cebuli. Pamiętam, gdy byłam mała, Mama zdobiła z nami jajka za pomocą nałożonego na główkę od szpilki gorącego wosku. Taki wosk na bladym kurzym jajku był prawie niewidoczny, więc dzieło powstawało "na oślep". Efekt można było podziwiać dopiero po nałożeniu na jajko odpowiedniego barwnika. Nasze wielkanocne jajka pewnie nie zawsze były dziełem sztuki, ale Mama zawsze się nimi zachwycała. Jak to Mama! 

A co tego dnia robili gospodarze? Też malowali, ale co innego. Znaczyli krzyże nad wejściem do domu oraz na wszystkich budynkach gospodarczych, za pomocą węgla z przydomowego paleniska. 

Piękna sprawa miała miejsce w okolicach północy. Młode dziewczęta w ciszy szły do najbliższego strumienia i zanurzały się w wodzie. Następnie nabierały wodę do dzbanów i zanosiły do domów. Taka woda mogła uzdrawiać chorych na duszy i ciele.

Po sobocie nadchodziła niedziela, dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Na znak tego wydarzenia już o świcie wybierano się za Rezurekcję czyli szczególne nabożeństwo połączone z procesją, podczas której młodzież mocno hałasowała naśladując grzmoty i trzęsienia ziemi towarzyszące otwarciu Pańskiego Grobu. Po tym wydarzeniu wracano do domu i rozpoczynało się uroczyste śniadanie w gronie rodzinnym. Dawniej nie święcono śniadaniowych pokarmów w kościele. To gospodarz domu kropił potrawy za pomocą wierzbinowej gałązki umoczonej w święconej wodzie. Na stołach znajdowały się same smakowitości. Oczywiście czołowe miejsce zajmował koszyk z jajkami i baranek z cukru czy formowany z masła. Poza tym podstawą śniadania był chleb, wędliny, sery, chrzan, ciasto i sól. W dobrym gospodarstwie nic się nie mogło zmarnować, tak więc skorupki od jajek zakopywano w ogródkach i pod drzewami w sadach, by odstraszały szkodniki i wzmacniały rośliny.

Tego dnia uciechę miały szczególnie dzieci, bo przychodził do nich Wielkanocny Zajączek, który na polu czy w ogrodzie zostawiał słodkie niespodzianki i malowane jajka. Za moich czasów były to już koszyki z kinder niespodzianką i wafelkiem prince polo!

Po niedzieli mamy poniedziałek. Na Kociewiu był to dzień bolesnej zabawy. Od samego rana szmagano witkami brzozy po nogach. Mój Dziadek Staś zawsze mawiał, że szmaganie "liczy się" tylko wtedy, kiedy swoją ofiarę zastanie się jeszcze w łóżku. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba nigdy nie udało mi się wyszmagać Dziadka, bo ten wstawał bladym świtem, a ja jako dziecko lubiłam sobie smacznie pospać. POSPAĆ! ...Ojej, mogłabym tu jeszcze coś popisać, ale powinnam iść spać, bo za 8 godzin wyjeżdżamy, a ja nawet nie jestem do końca spakowana. Już widzę, jak rano ruszamy z co najmniej 2 godzinnym opóźnieniem i szukamy winnego, kto się do tego opóźnienia bardziej przyczynił. Pewnie padnie na Jurka, bo ten się jeszcze bronić nie może. 

Kończąc ten post życzę wszystkim Wesołych Świąt i smacznego jaja!

Dzisiejszy obiad postny u Dziadków. Śledź w śmietanie i ziemniaki.

Świąteczny koszyk z kociewskimi kraszankami.

W moim domu to Tata piecze świąteczny chleb. 

Wielkanocny stół w moim rodzinnym domu. Będzie mi go brakować w te Święta. I wszystkich tych, którzy zasiądą przy tym stole.


wtorek, 22 marca 2016

Skąd wiadomo, że to już Wiosna?

Zawsze w tym okresie robię się niecierpliwa i codziennie wypatruję nowych dowodów na początek wiosny. Plusowa temperatura, przebiśniegi, krokusy, pierwsze pąki na drzewach, powracające gęsi i bociany, śpiewające skowronki, szybujące jaskółki i to coś, co się czuje w powietrzu. Czekam, aż słońce się wzmocni na tyle, by dzielić się ze mną swoją energią i światłem. Chłonę to, co dostaję od natury i jestem wdzięczna.

Natura nigdy nie ma tak mocnego głosu jak właśnie na początku wiosny. Wszystkie zwiastuny tej pory roku są ściśle związane z naszą matką ziemią. Można to stwierdzić nawet na podstawie starych polskich porzekadeł i prawd. "Jedna jaskółka wiosny nie czyni", "Jak skowronek zaświergoli, myślą chłopi o roli", "Na świętego Kazimierza, dzień się z nocą przymierza", "Na świętego Grzegorza, idą rzeki do morza", "Gdy na Józefa bociany przybędą, choroby zbożom szkodzić nie będą". 

Drapię się po głowie i zastanawiam, kiedy ostatni raz topiłam Marzannę? Pamięć moja sięga do czasów szkoły podstawowej. Marzanna - dziewczyna ze słomy, odziana w kwietną szmatkę i nadziana na kij od miotły. Los jej kończył się w odmętach najbliższej wody. W moim przypadku, Marzanna z mojego dzieciństwa topiła się w subkowskim Dryboku. W ten sposób żegnaliśmy zimę, wcale nie żałując tej zasiedziałej królowej. Nadchodził czas nowego panowania - jej wysokość wiosna wstępowała na tron i oplatała go delikatnymi gałązkami wierzbiny. Wiośnie towarzyszył cały, kolorowy dwór fauny i flory. Wśród tego towarzystwa był również dostojny, długonogi "bocion", który na Kociewiu otoczony jest szczególną czcią i szacunkiem. Bocian planuje powrót z ciepłych krajów między 19 a 25 marca, bo wie że "na świętego Józefa bocianów pełna strzecha". Gdyby jednak się zagapił i nie pojawił na czas, to już na pewno "na Zwiastowanie bociek w gnieździe stanie". 25 marca to dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. W tradycji ludowej to święto jest różnie nazywane: święto Matki Boskiej Roztwornej, Strumiennej, Kwietnej czy Ożywiającej. Jednak zawsze wierzono, że dzień brzemiennej Matki Jezusa jest ściśle powiązany z brzemienną Matką Ziemią. Warto też zapamiętać jaka pogoda będzie tego dnia, ponieważ zapowie ona co nas czeka na Wielkanoc ("Zwiastowanie Maryi zapowiada, jaka w Wielkanoc pogoda się nada").

Wracając do pana bociana, przypominam sobie, że z tym wspaniałym ptakiem wiąże się kilka przepowiedni. Wypatrujcie bocianów i sprawdźcie co one powiedzą... Kto zobaczy pierwszego w roku bociana w locie, ten jest człowiekiem pracowitym. Kto zobaczy go stojącego na łące, ten niestety jest leń śmierdzący. Jeśli bocian będzie czysty, to rok powinien być suchy. Brudny bocian zapowiada deszczowe lato.

Bardzo lubię tczewską tradycję witania pór roku. Na naszym placu Hallera, w sercu Starego Miasta, stoi kamienica nr 8, która na swoim szczycie ma 4 figurki symbolizujące wszystkie pory roku. Figurki z kamienicy zostały wiernie odtworzone i przy każdej kalendarzowej zmianie pory roku, na postumencie ustawionym na placu, staje odpowiednia postać. 21 marca miasto powitało figurkę wiosny. Ta uroczystość jest w Tczewie hucznie obchodzona, szczególnie przez dzieci ze wszystkich okolicznych szkół i przedszkoli. Cały plac zapełnia się kolorowym i głośnym tłumem maluchów, które dzięki swojej naturalnej radości najlepiej wiedzą jak powitać nową królową. 

Wiosna, ach to Ty! Jak dobrze wyjść na dwór i poczuć nową, świeżą aurę. Człowiek od razu czuje się inaczej - rześki, otwarty, gotowy do działania. W głowie mam kilka nowych pomysłów, które czekają na realizację. Aż sama trzymam za siebie kciuki! Ten czas jest dla mnie ważny jeszcze z innego względu. Jest to pierwsza wiosna w życiu mojego synka Juraska. Chcę mu pokazać świat w nowych, zielonych barwach!

Tczewska Wisła

Wiosna w Parku Miejskim w Tczewie

Figurka Wiosny na Placu Hallera

Kamienica nr 8 z porami roku

Synek Jurasek

sobota, 12 marca 2016

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda - o Folwarku Karczemka

Chciałam przygody i przyszła. Zabrała mnie do wspaniałego miejsca wyrwanego zapomnieniu. Folwark Karczemka w Małdytach, na Warmii, był ruiną, ale został przywrócony do życia dzięki nowym właścicielom. Historia folwarku sięga 1837 roku, kiedy właściciel tamtejszych ziem, Gustaw von Frantzins, zlecił budowę młyna i przyległych mu budynków gospodarczych przy Jeziorze Piniewskim. 10 lat później Georg Jacob Stenke rozpoczyna budowę Kanału Elbląskiego, który choć sam jest cudem techniki, to ma negatywny wpływ na działanie młyna - budowa kanału obniża poziom wody w jeziorze o 5 metrów i młyn przestaje być potrzebny. Nowy zarządca tych terenów - Wilhelm von Eben, postanawia tchnąć nowe życie w podupadły folwark. Dysfunkcyjny młyn zamienia w karczmę, a tuż obok wznosi nowe budynki - Willę Młynarza, (budynek mieszkalny w stylu włoskim z elementami architektury regionalnej), Dom Ogrodnika (budynek nawiązujący do historyzmu z oranżerią w stylu francuskiego modernizmu) oraz gorzelnię z kominem. Folwark Karczemka staje się popularnym miejscem odwiedzanym przez gości z Prus i zza granicy. Odwiedzinom tym sprzyja mocno rozwinięta żegluga turystyczna na szlaku Kanału Elbląskiego. Budynki folwarku przeżyły dwie wojny, ale wyszły z nich w kiepskim stanie. Na szczęście znalazł się ktoś, kto w to miejsce włożył swój czas, pasję i pieniądze. To co zobaczyłam w ostatni weekend zachwyciło mnie. Pokoje, restauracja i bar urządzone z wybitnym gustem i smakiem. W Willi Młynarza jest jeszcze winiarnia, a nad samym jeziorem dwie świerkowe banie. Spójrzcie na zdjęcia, bo próba opisania tego miejsca jest wręcz niemożliwa.









Choć wciąż w roli matki, z Jerzykiem na rękach i przy cycku, to jednak wypoczęłam. Zalazłam chwilę, by samotnie uciec na pomost, który pozwolił spojrzeć w głębszą część jeziora. Tam czekały na mnie dwa łabędzie i zachód słońca. Pachnie kiczem, co? Dwa łabędzie i słońce naprawdę mi się przydarzyły i ani przez chwilę nie pomyślałam, że to tandeta. Przyroda, budząca się wiosna, chwila dla siebie - to czułam kiedy stałam na końcu pomostu z kubkiem stygnącej szybko kawy. Życzę sobie więcej takich chwil... i takich miejsc.

http://www.karczemka.pl/

sobota, 5 marca 2016

Pracowici mennonici!

Marzę o dłuższej wycieczce. Chciałabym wskoczyć w samochód, pociąg, cokolwiek i wyrwać w siną dal, po przygodę. Na szczęście wiosna jest tuż tuż, a wraz z jej nadejściem na pewno rozpoczną się eskapady w teren. Póki co zostają mi nadal spacery z wózkiem nad Wisłę i ucieczki w odmęty internetu. W świecie wirtualnym można robić naprawdę dalekie wycieczki! Ostatnio zgłębiałam temat mennonitów na Kociewiu. Niektórzy z Was zapytają kim są mennonici? Odpowiem. To wyznawcy ruchu religijno-społecznego powstałego w XVI wieku w Holandii. Jest to wyznanie chrześcijańskie zaliczane do protestantyzmu, dla którego podstawą wiary jest Biblia. Mennonici wierzą w łaskę Boga w drodze do zbawienia, a nie w to, że dobre uczynki pomogą się dostać do nieba (!). Nie uznają też chrztu w okresie dziecięcym ze względu na brak świadomości osoby chrzczonej. Wyznawcy tej religii przyjmowali chrzest po 14 roku życia. Mennonici w czasie kontrreformacji doświadczyli licznych prześladowań w Holandii, dlatego postanowili opuścić te ziemie i poszukać schronienia w przyjaznych częściach Europy. Takim miejscem w XVI wieku była Polska. Tak, nasza Polska była krajem tolerancyjnym i otwartym na inne religie i narodowości! Mennonici, w Polsce znani jako Olędrzy, osiedlali się głównie na Żuławach, na Kociewiu i w okolicach Warszawy. Największe skupiska tej społeczności na Kociewiu można było odnotować na Nizinie Walichnowskiej i Nowsko-Sartowickiej. Dobrze, że przyszli do nas Ci mennonici, bo zrobili kawał dobrej roboty osuszając podmokłe tereny nadwiślańskie i zagospodarowując je pod uprawy. Udało im się to osiągnąć poprzez budowanie wałów, tam, kopanie rowów odprowadzających wodę i sianie wierzb, które tak pięknie wpisały się w krajobraz Doliny Dolnej Wisły. Mennonici byli ludźmi mocno związanymi z naturą. Uchodzili za ludzi pracowitych i dzięki temu wielu z nich w krótkim czasie dorobiło się niemałej fortuny. Ci bogatsi stanowili arystokrację określaną mianem szlachty gburskiej. 

Do dzisiejszego dnia można podziwiać mennonickie zabudowania gospodarcze. Te można znaleźć przede wszystkim na Żuławach. Chodzi o charakterystyczne domy podcieniowe. Są to domy w większości szachulcowe, z podcieniem, czyli wysuniętym piętrem z przodu budynku, wspartym na drewnianych nogach. Te wielkie domostwa mieściły część mieszkalną i część gospodarczą (często stajnię z oborą i chlewnię). A sam podcień głównie spełniał funkcję magazynową dla zboża. 

To co pozostało po Olędrach na Kociewiu to również cmentarze. Oczywiście można się domyślić, że nie zawsze są one w nienagannym stanie. Człowiek i przyroda potrafią odcisnąć swoje piętno na starych cmentarzach. Zwykle w takich miejscach doświadczonych czasem i wojną widzimy poprzewracane i rozkradzione nagrobki pokryte kwiatem i chwastem. Na szczęście współczesna lokalna społeczność stara się dbać o to, co pozostało. Mennonickie cmentarze można jeszcze zwiedzać m.in. w Subkowach, Wielkich Walichnowach, Małej Słońcy, Międzyłężu, Wielkim Stwolnie, Polskim Stwolnie, Bratwinie, Michalu, Dragaczu, Wielkim Lubieniu i Trylu. Na kamiennych stelach często widać charakterystyczne dla tej kultury symbole, tj. "anioły (unoszenie do nieba zmarłego), bluszcz (odrodzenie, nieśmiertelność, żałoba po osobie zmarłej), czaszka (śmierć, nieunikniony los), gołębica (duch święty, nadzieja, ocalenie), granat (bogactwo, niebo, raj, krew Chrystusa), gwiazdy (niebo, zbawienie), kwiat (życie kobiety, dziewczyny), złamany kwiat (przerwane życie), złamana róża (śmierć w kwiecie wieku), makówka (sen wieczny), motyl (krótkie życie ludzkie w porównaniu z wiecznością, ulatująca do nieba dusza zmarłego), spirala (symbol nieskończoności, wieczności, drogi do Boga)". Poza tym na kamiennych płytach nagrobków często można znaleźć informacje na temat pełnionej za życia funkcji osoby zmarłej, miejscu jej zamieszkania i liczby członków rodziny. Charakterystyczne dla nagrobków mennonitów są również ustawione przy nich kamienne ścięte drzewa.

Ciekawi ludzie Ci mennonici. I zrobili dla Kociewia dużo dobrego. Najważniejsze co pozostawili po sobie to ziemia. Wyrwali ją wodzie i wrócili do życia, pod uprawę. Teraz my zróbmy coś dla mennonitów: ratujmy żuławskie domy podcieniowe, bo są w bardzo kiepskim stanie i dbajmy o stare cmentarze, zachowując w ten sposób pamięć o pracowitych mennonitach.

Dom podcieniowy, Bystrze, Żuławy

Stela z cmentarza mennonickiego

Cmentarz mennonicki 

Wierzby

Dolina Dolnej Wisły



Bibliografia:
Nowy Bedeker Kociewski - Roman Landowski
Internet 

środa, 24 lutego 2016

Bożą Mękę polecam na udrękę

Jest w Subkowach jedna taka kapliczka, która była mi powiernikiem i pociechą w gorzko-słodkich chwilach dojrzewania. Jak chłopak zostawił czy Tata nakrzyczał, to Maryja zamieszkała w tej kapliczce, była mi przyjaciółką. Dawała oparcie zimną cegłą swojego domu, koiła szumem pobliskiego pola. Jeździłam tam rowerem albo biegłam, robiąc po drodze sporo przystanków, bo kapliczka znajduje się na granicy wsi Subkowy i Małej Słońcy, dość daleko od mojego domu.

Kapliczki i przydrożne krzyże nazywane na Kociewiu Bożymi Mękami były najczęściej stawiane na granicach pól, lasów, wsi i majątków. Wieś polska choć tak katolicka wciąż wyznawała wiarę w różne zabobony. Wierzono, że granice i miedze, które nie należały do nikogo, były nawiedzane przez diabły, południce i inne niemiłe ludziom strachy. Podobnie niebezpieczne były rozstaje dróg, które oznaczały wybór drogi czy podróż w nieznane. Postawienie Bożej Męki w takich miejscach miało za zadanie odpędzić złe duchy, oswoić przestrzeń i dodać otuchy podróżnym. Poza tym kapliczki stawiano z różnych powodów np. w podzięce za uratowanie życia, za dobre plony, by upamiętnić rodzinne nazwisko, by oczyścić ziemię po miejscu zbrodni czy po prostu by oddać Bogu cześć i chwałę. 
, 
Fundatorami kapliczek i krzyży były najczęściej zamożne rodziny, a niekiedy całe społeczności wsi. Wybrane motywy ikonograficzne związane były często z patronatem danego świętego. Jeśli chciano zapobiec kolejnej zarazie, kapliczkę poświęcano św. Rozalii, jeśli powodzi, patronem zostawał św. Nepomucen. Jednak najczęściej Boże Męki przedstawiały wizerunki Jezusa i najświętszej Maryi Panny, w której łaskę i wstawiennictwo powszechnie wierzono. Figurki wstawiane do kapliczek nazywa się na Kociewiu "osóbkami".

Kapliczki są przede wszystkim wyrazem kultu religijnego, ale na wsiach spełniały również ważne role w życiu społecznym. To przed Bożą Męką godzili się zwaśnieni sąsiedzi. Tu wymierzano cielesne kary zasłużonym, by nabrała większego znaczenia. Przy kapliczkach zostawiano "zguby", chowano broń i pieniądze w niepewnych czasach. Kapliczki były też ważnym miejscem dla zakochanych, którzy przed świętym obliczem urządzali sobie schadzki, zanim dochodziło do oficjalnych zaręczyn. 

Najstarsze kapliczki na Kociewiu datuje się na XVIII w. Znajdują się one w Brodach Pomorskich i Borkowie. Większość Bożych Męk pochodzi jednak z XIX i XX w. Niestety wiele z nich zostało zniszczonych w ramach prowadzonej przez Bismarcka polityki Kulturkampf. Na szczęście udało się uratować niektóre stare "osóbki" i przekazano je do zbiorów Muzeum Ziemii Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim oraz Muzeum Etnograficznego w Gdańsku Oliwie.

Przydrożne krzyże i kapliczki tak mocno osadziły się w kociewskim krajobrazie, że się z nim właściwie zlały w jedną całość. Cieszę się jednak, że to zlanie nie oznacza zapomnienia i zaniedbania. Każda kociewska wieś troszczy się o swoje Boże Męki i zdobi je kwiatami, gdy tylko zakwitną. Do dziś w czasie nabożeństw majowych społeczność wsi spotyka się i modli pod kapliczkami. Ludzie pamiętają i Maryja też pamięta.  

Boża Męka, 1927 

Boża Męka, Subkowy

Boża Męka, Wielgłowy

Boża Męka, Radostowo

Boża Męka, 1892 

Boża Męka

Boża Męka, Subkowy

Pocztówka, 1908, z arch. Kamili Gillmeister


Bibliografia:
Nowy Bedeker Kociewski - Roman Landowski
Krzyże i kapliczki przydrożne, czyli opowieści o świętych i przestrzeni - Kamila Gillmeister
Internet