Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KULTURA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KULTURA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

Moje Święta

To będą pierwsze święta bez Babci. Nie bardzo to sobie wyobrażam. Babcia była przecież od zawsze i miała być na zawsze. Jednak okazało się, że moja rodzina nie różni się niczym od innych rodzin. Nie jest nietykalna i nieśmiertelna. Jakie będą święta bez babcinych pierogów i białego barszczu z grzybami, bez prezentów typu ciepłe kapcie, ciepły szlafrok, ciepły koc. Bez liczenia kto ile zjadł i że zawsze za mało. Babcia karmicielka, Babcia-Matka, seniorka rodu. W wieczór który umarła, moja Mama powiedziała mi po cichej i ciężkiej rozmowie: "Idź już spać Kasia. Spójrz na swoje dzieci, przytul się do nich. Tam w nich jest wciąż cząstka naszej Babci". 

Opowiem Wam o świętach z Babcią. Bo jeszcze tylko takie znam i pamiętam. Plan świątecznego działania zaczynał się już w początkach adwentu. Kto co robi, komu co kupić itd. Jednak najważniejszy był dzień Wigilii. W naszym domu, to dopiero tego dnia ubiera się choinkę. Po tej czynności następowała nerwowa bieganina - ostatnie sprzątania, zajmowanie kolejki do łazienki, pakowanie prezentów. W okolicach 16:00 wszyscy ładnie ubrani, z uśmiechem i wyczekiwaniem spotykaliśmy się przy wspólnym stole. Przed wyścigiem pt." kto zje najwięcej pierogów", mój Dziadek zmawiał krótką modlitwę. Modlitwa podziękowania za nas, za to co na stole i za dobrą przyszłość. Po tym każdy chwytał w dłoń opłatek i rozpoczynała się plątania pomiędzy członkami rodziny i składanie osobistych życzeń. Rodzice życzą nam więcej dzieci, my im zdrowia. Życzymy sobie wzajemnie dużo miłości i szacunku. Potem celebracja tego co na stole i dobra rozmowa. Lubiłam to już w dzieciństwie i chyba kochałam jeść pierogi na równi z czasem kiedy otwierałam prezenty. Zostanę jeszcze w czasie moich małoletnich lat. To tamte wspomnienia są najbardziej kolorowe i pełne emocji. Po kolacji Dziadek zabierał nas na piętro domu, gdzie mieszkałam z rodzicami i braćmi. Wnuki siadały na około Seniora i śpiewały wszystkie kolędy jakie tylko zna świat, Śpiewały przy akompaniamencie akordeonu. Mój Dziadek po 10-tej kolędzie zaczynał w końcu śpiewać "Stille Nacht", bo zna niemiecki z czasów swojego dzieciństwa, a my zawsze na to krzyk, że po polsku śpiewamy. Nagle, po ostatniej kolędzie świata i po jej 11-tej zwrotce słyszeliśmy dzwonek! To znak, że przyszedł Gwiazdor! Wszyscy jak jeden, a było nad ośmioro, rzucaliśmy się na schody! Kto pierwszy do choinki! Przepychaliśmy się na schodach w atmosferze wielkiego gwaru i śmiechu i docieraliśmy do salonu, gdzie pod choinką leżała góra prezentów! Babcia zawsze mówiła, że Gwiazdor był, ale musiał szybko iść, bo spieszył się do innych dzieci. Nie wierzyliśmy w Gwiazdora. Wiedzieliśmy, że to dorośli podkładają prezenty pod choinką, ale i tak zawsze dobrze było słyszeć to samo zdanie. Siadaliśmy na dywanie, a mój Tata czytał kartki przypięte do paczek. A potem było już tylko słychać "wow" i "dziękuję". Dziś ja, moi bracia i najbliższe kuzynki to same stare konie. I choć nadal została podtrzymana tradycja śpiewania kolęd z Dziadkiem, to przepychamy się na schodach już tylko dla draki i dla wspomnienia. Cieszymy się, że pojawiają się nasze dzieci, bo jest dla kogo tworzyć magię tego wieczoru.

Rozmawiałam z Mamą przyjaciółki o tym jak wyglądała Wigilia w ich domu, na Kociewiu. Wspomnienia o tym wywołały jej uśmiech. Choinka była ubierana w dzień Wigilii i zamykana w osobnym pokoju. Na choince wieszano jabłka, pierniki z dziurką i cukierki. Kolacja Wigilijna składała się z 12 potraw, lecz w tym liczono już np. chleb i sól. Główne dania stanowiły ryby, a to wszystko serwowano na tradycyjnym białym obrusie. Po kolacji dzieci pod choinką znajdywały talerze, na których dla każdego było kilka łakoci. Były także ciepłe czapki i szaliki robione przez Mamę. Pani Asia miała dwie siostry i opowiedziała, że każdego roku po kolei każda siostra otrzymywała tę samą celofanową lalkę, ale w nowym uszytym przez Mamę ubranku. A dla brata co roku był przemalowywany i odświeżany drewniany konik na biegunach. 

W książce Romana Landowskiego przeczytałam jeszcze o tym jakie potrawy podawano na stole w naszym regionie. Jak u Pani Asi były to głównie ryby ale i też kluski z makiem, chudy żur lub barszcz, kapustę z grzybami, pierogi z kapustą, fasolę, siemię konopne oraz brzan, czyli zupę z owocowego suszu. I oczywiście przygotowywano wolne miejsce z pełnym nakryciem przeznaczone dla nieobecnych wśród żyjących, samotnego gościa lub zagubionego wędrowca, który mógł zapukać do drzwi. My w tym roku przygotujemy miejsce dla Babci. Babciu, pobłogosław barszcz, by wyszedł taki jak Twój.




czwartek, 19 października 2017

Matka Polka Kociewska wraca i opowiada o hafcie kociewskim

Nastąpiła duża zmiana. Moich synów jest już dwóch a nie tylko jeden. Ta zmiana spowodowała, że moje obroty na innych polach niż typowo domowe zostały zwolnione. Dlatego tak mało mnie na blogu. Mam jednak nadzieję, że sytuację tę uda się naprawić. Już coraz lepiej radzę sobie z ogarnięciem dwójki dzieci, co może oznaczać, że zaraz zasypię bloga nowymi postami o Kociewiu. Czy ktoś na to jeszcze czeka?!
Zaczynam od dziś. Chciałabym Wam opowiedzieć o hafcie kociewskim. W XIX wieku prawie zaprzestano masowego zdobienia bielizny, obrusów i strojów, a to za sprawą rozwoju przemysłu włókienniczego. Nie było czasu na ręczne robótki no i zwyczajnie takie wzory wyszły już z mody. W latach 70 tych XX wieku dwie zwykłe kobiety, żadne etnografki, przystąpiły do rekonstrukcji haftu kociewskiego. Maria Wespa i Małgorzata Garnysz niezależnie od siebie zaczęły poszukiwać kociewskich wzorów haftu na kościelnych szatach liturgicznych, feretronach, sztandarach szkolnych, na skrzyniach wianowych czy starych fotografiach. Dzięki ich żmudnej pracy i ciągłym poszukiwaniom możemy dziś cieszyć oko widokiem jednego z najważniejszych motywów kultury Kociewia. Haft kociewski to głównie ornamentyka florystyczna - liście, kwiaty, pączki, łodygi. Tak, tak, ten haft jest bardzo podobny do haftu kaszubskiego. Ale to co na pierwszy rzut oka je od siebie odróżnia, to brak koloru czarnego w motywach kociewskich.



Moja prawa noga już od 8 lat jest ozdobiona takim haftem. Igła tatuażysty wyhaftowała mi takie wzory na wieczność. 




Dla fanów takiego zdobnictwa polecam stronę stronę www.czec.pl, gdzie w zakładce "Kociewie" można znaleźć różne przedmioty użytku codziennego ozdobione wspaniałym haftem kociewskim. Sama chcę upolować czarny worek z wzorem.

Proszę Państwa oto Miś



Źródło informacji dla posta:
Nowy Bedeker Kociewski - Roman Landowski
www Miejska Biblioteka Publiczna Starogard Gdański
www Gmina Morzeszczyn

piątek, 30 grudnia 2016

Żegnamy Stary Rok

Ostatnio miałam większą przerwę w pisaniu, bo zajęć w codzienności przybyło. Trochę się teraz uspokoiło i mam nadzieję częściej pisać i chwalić moje Kociewie. Przed nami jeszcze jedno ważne wydarzenie w 2016 - pożegnanie starego roku. Jak spędzacie Sylwestra? Większość zapewne hucznie i z przytupem, w nowej sukience, pod krawatem i z brokatem. U nas... znowu zacisze domu. Przyjadą przyjaciele z maluchem, więc będzie nam raźniej. Mam nadzieję, że dzieciaki będą spać, a my spędzimy wieczór na pogaduchach i grze w planszówki. 

Dawniej na Kociewiu w dzień pożegnania starego roku wcale nie urządzało się głośnych zabaw. Czas sylwestra spędzano raczej w gronie rodziny albo w lokalnej świetlicy razem z wiejską społecznością. Ostatni dzień roku to według tradycji czas magiczny, dlatego jak w Andrzejki organizowano dużo zabaw, które przepowiadały przyszłość. Najczęściej dotyczyły one oczywiście spraw sercowych. I tak zaczynało się od liczenia ile panna przyniosła drewna do pieca. Parzysta ilość oznaczała, że w Nowym Roku wyjdzie za mąż. (Tak sobie myślę, czy te baby nie liczyły ile brały polan? Szczęściu chyba można trochę pomóc!). Lano wosk i ołów do wody, a z figur, które powstały próbowano odczytać przyszłość. Na wodę kładziono również dwie skorupki po orzechach, do których wkładano zapalone świeczki. Jeśli połówki zbliżyły się do siebie, oznaczało to, że panna znajdzie swego kawalera. Rzucano też butem przez ramię. Jeśli but upadł przodem do drzwi, oznaczało to znowu rychłe zamążpójście. 

Gdy zbliżała się północ, męska część towarzystwa zaczynała trzaskać z batów, walić w blachy, dzwonić blaszanymi puszkami i głośno ostrzyć kosy. Hałas miał wypędzić stary rok. Ciekawa rzecz miała miejsce jeszcze w okresie międzywojennym w Starogardzie Gdańskim - w tę noc palono smolne beczki. Po północy, gdy jedni zamykali już oko, drudzy rozpoczynali czas psot i figli. Młodzi chłopcy wynosili bramy z gospodarstw, wymieniali sąsiadom zwierzęta w oborach, a najbardziej odważni i silni wnosili na dach chałup całe fury. Co to musiał być za widok z rana dla takiego bambra, gdy widzi swój wóz na dachu własnego domu!. 

Oczywiście jak dziś, wszyscy patrzyli na to jaki będzie pierwszy dzień Nowego Roku, bo przepowiadał on co się może wydarzyć. Wszystko miało znacznie - pogoda, samopoczucie, zachowanie przyrody. 

Krótka refleksja pod koniec starego roku... Jestem wdzięczna za teraz, za wszystko co mam, za dom który zbudowałam. Ostatnie lata lecą bardzo szybko. Czasami mam takie odczucie, że patrzę na to wszystko oczami staruszki. Wspominam, grzebię myślą w przeszłości, myślę o życiowych zakrętach i o ścieżkach, które wybrałam, a które miały ogromny wpływ na mój los. Jestem wdzięczna za teraz... A co by było gdybym poprzesuwała te wszystkie moduły? Gdybym została za granicą, albo podjęła inną pracę, albo nie wróciła na Kociewie. Z ciekawości czasem ruszam wyobraźnią i tworzę nową rzeczywistość. Chyba każdy to robi... Jednak "gdybaniem" nie tworzy się historii, więc zostawiam już ten temat i jeszcze raz dziękuję 2016 za dziś. Co przyniesie nam 2017? Sprawdźmy.

Ostatnie zdjęcie Jurka z 2016




wtorek, 14 czerwca 2016

Jak Kociewianka z Kaszubem skakała

Wybraliśmy się niedawno z rodziną Kaszubów do Zagrody Kociewskiej w Godziszewie. Nasi Kaszubi zdziwieni byli wielce jak fajnie jest na tym Kociewiu! Najedliśmy się wszyscy do syta rosołów, golców, zrazów i popiliśmy jadło świeżym kompotem z rabarbaru. Po takim wzmocnieniu opuściliśmy restaurację i całą gromadą wkroczyliśmy do parku rozrywki, który znajduje się na terenie Zagrody. To miejsce nie przypomina w niczym tradycyjnego parku rozrywki z jarmarcznym szlifem. W parku w Zagrodzie można nakarmić zwierzaki w Zwierzogrodzie i zakumplować się z osiołkiem, kozami i króliczkami. Można też pograć w minigolfa, pobawić się na drewnianym placu zabaw albo przejechać naprawdę old schoolową kolejką samochodową. Dla nas chyba największą frajdą była Skocza Góra. Oj dzieci się w nas obudziły! I nieważne czy jesteś Kociewiakiem, Kaszubem czy czarnym Ślązakiem. Skaczemy sobie na Skoczej Górze ramię w ramię śmiejąc się w głos, nie myśląc o marności tego świata. 

Jeśli postanowicie tu przyjechać, sprawdźcie pogodę, kupcie sobie kiełbasy i piwo i przyjedźcie do parku na cały dzień! Park ma specjalne miejsce na ognisko i kilka fajnych zadaszonych ławek w pobliżu. Dzieci się bawią, karmią kozy a dorośli czuwają nad ich bezpieczeństwem zajadając się ziemniakiem z ogniska! 

Zagroda Kociewska jest naprawdę ciekawym miejscem. Oprócz działania restauracji opartej na produktach z własnego ogródka, Zagroda ściśle współpracuje z lokalnymi artystami, rzemieślnikami. Ich prace można podziwiać i zakupić na organizowanych wystawach warsztatach a także na corocznych kiermaszach: wielkanocnym i bożonarodzeniowym. Właściciele Zagrody organizują także koncerty z prawdziwymi gwiazdami tj. Stanisław Sojka, Michał Bajor czy Martyna Jakubowicz. 


















Park Zagroda Kociewska

Ceny biletów:
Dorośli i dzieci: 12 zł
Dzieci do 3 lat – wstęp wolny
Dzieci do 12 lat – wstęp tylko pod opieką dorosłych.
Godziny otwarcia:
Pon-Nd – 10:00 do 18:00

piątek, 3 czerwca 2016

Nie macie planu na weekend? Zapraszam na Pchli Targ!

Czy macie już plany na najbliższy weekend? Jeśli nie, to pozwólcie, że Wam coś zaproponuję. W najbliższą niedzielę w Tczewie, w sercu miasta, na placu Hallera odbędzie się Pchli Targ. Na rynku i w pobliskich wąskich uliczkach rozłożą się wystawcy sprzedający antyki, wyroby rękodzielnicze, stare książki i smaczne, lokalne jedzenie. Czas umilać będzie muzyka na żywo - Kociewsko-Kaszubska Orkiestra Dęta „Torpeda”, „Wesoła Kapela” oraz akordeonista Paweł Nowak. Ducha wydarzeniu doda kataryniarz z papugą i szczudlarze. Będzie można również wziąć udział w licznych warsztatach m.in. plastycznych, garncarskich oraz cyrkowych! Kto chce się nauczyć żonglować, ten musi przyjechać!

Pamiętam zeszłoroczną atmosferę tego wydarzenia. Jakbym przeniosła się w inny czas i znalazła się na targu w 20-leciu międzywojennym, kiedy handel na rynku w Tczewie był prawie codziennością. Nastawiam ucha, wytężam słuch i słyszę gwar miasteczka i nawoływania, że chleb jest świeży a mleko prosto od krowy. Na niskich stołeczkach siedzą baby i handlują i plotkują. Wiele bym dała, by ta aura wróciła. Przecież rynki w miastach po to są, by tętniło tam życie, by ludzie mieli się gdzie spotykać i wymieniać uprzejmości. (Panie Prezydencie, kiedy zamknie Pan ruch samochodowy na naszym pięknym rynku??)

A kiedy już zakupicie wynalezione na targu skarby i nauczycie się lepić wazony, to zejdźcie na tczewski bulwar by spojrzeć na most, który na pewno zrobi na Was ogromne wrażenie. Oczarowani aurą zapragniecie napić się dobrej kawy. A stąd będzie już tylko 3 kroki do Małej Czarnej, gdzie Pani Ewa poda Wam jedną z najlepszych kaw jakie piliście. Głowę dam sobie uciąć za jej smak. 

Zapowiada się naprawdę ciekawy weekend. Nie przegapcie okazji i przyjedźcie na Kociewie.

Zdjęcie przedstawia scenkę z targowiska na Staromiejskim Rynku w Tczewie w okresie 20lecia międzywojennego. Zbiory J. Golicki.

Rynek w Tczewie - plakat Fabryka Sztuk.

Kataryniarz z papugą na rynku w Tczewie.
Ten most!

A tu napijecie się najlepszej kawy!



środa, 20 kwietnia 2016

Kocham Pana, Panie Szczepanie!


Przyszedł czas, by przedstawić Szczepana. To mój brat regionalny, ale ze Śląska. Szczepan Twardoch to bardzo ciekawa postać. W świecie polskiej literatury jest od dawna, ale dopiero ostatnie książki przyniosły mu zasłużony rozgłos. "Morfina", "Drach" to dzieła sztuki, a ostatnio wydane dzienniki "Wieloryby i ćmy" przybliżyły mi człowieka i sprawiły, że mocniej zapadł w serce. "Od pewnego czasu żyję taką wizją, fizycznego, fizjologicznego wrośnięcia w ziemię, gdzie się urodziłem i gdzie urodzili się wszyscy, z których ja się urodziłem. Przyśniło mi się to i już zostało ze mną. Kiedy idę rano po bułki, to depczę po kościach, i to są moje własne kości, bo kości moich przodków są moje. Krew w moich żyłach jest tą samą wodą, która płynie pod powierzchnią ziemi, ciała moich przodków krążą w moich żyłach i ja, kiedy już umrę i zapadnę się pod ziemię, to żył będę dalej, tak jak oni żyją - w drzewach, spływał będę na ziemię w deszczu i krążył w żyłach moich synów, będę odradzał się zielonym nalotem na brązie gliwickich rzeźb i na dachach kościołów. Nawet nie wyobrażam sobie jak to jest być z daleka, umiem być tylko stąd. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy tą wizją żyję, czy raczej jestem nią prześladowany, w każdym razie wydaje mi się czymś więcej niż metaforą; jakby była oknem, judaszem może raczej, przez który mogę podejrzeć, co jest za zasłoną czasu, za pierwszą warstwą rzeczywistości." Ten cytat jest mi szczególnie bliski, bo czuję podobnie. Na Kociewiu przemawia do mnie każdy kamień, wierzba na polu i czerwona cegła nadwiślańskich kościołów. Wszystko to opowiada znane i nieznane historie, które łączą się z historią mojej rodziny i tym samym ze mną bezpośrednio. Czuję dużą wdzięczność za poczucie przynależności, bo to daje mi jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. "Jesteś stąd" mówi mi ziemia, i poprzez krew i historię scala mnie ze sobą. Tu umrę za jakiś czas i tu żyć będę we krwi i pamięci moich przyszłych dzieci. Wiem, to wszystko brzmi jak zaklęcie wypowiadane szeptem nad kotłem, w towarzystwie czarnego kota i trupiej czachy, ale właśnie tak czuję moje kociewie.

Wracając do Szczepana. Przyciągnął mnie do siebie nie tylko dobrą literaturą, ale również tym, że jest bardzo interesującym człowiekiem, obok którego na pewno nie można przejść obojętnie. Mówi się o nim, że wkurza, że jest arogancki. A ja myślę, że mówią to ci, którzy zazdroszczą mu mocnego zdania lub się tego zdania boją. Szczepan nosi się jak dandys - zawsze nienagannie ubrany, elegancki, z drogim zegarkiem na ręku i zaczesanym włosem o rudym odcieniu. A niech się człowiek ubiera jak chce, niech jest pisarzem-modelem. I niech jest ambasadorem mercedesa - to też wielu ubodło. Jak to? Polski pisarz, inteligent, nie klepie biedy, tylko się sprzedaje za dobre auto? Dlaczego aktor promujący bank tak nie oburza jak pisarz? Opinia publiczna mocno się wypowiadała w tym temacie roztrząsając czy to słuszne, czy to wypada. A co ma piernik do wiatraka, się pytam? Pisarz ma bronić się swoją książką, a to co robi dodatkowo, to jego sprawa. Znów zazdrość, myślę, i jakiś dziwny stereotyp wywodzący się jeszcze od Norwida. Śmiałam się w głos jak czytałam wypowiedź Pawła Dunin-Wąsowicza, który napisał tak o Twardochu "Nie mogę Cię odtąd poważnie traktować jako pisarza" plus jeszcze to "rozumiem, że prestiż pisarza przy obecnej niedużej konsumpcji książek jest stosunkowo niski i przyjąłeś propozycję, która to waloryzuje. Osobiście nie zazdroszczę, nie mam prawa jazdy, jeżdżę komunikacją publiczną albo na rowerze. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że jeśli chciałeś zakwestionować etos literatury, w której języku tworzysz, to udało się świetnie.". Podoba mi się odpowiedź Szczepana - krótko, dosadnie i z klasą: " Paweł, ja się do tego etosu nigdy nie zapisywałem i w ogóle się doń nie poczuwam. Nigdy też nie składałem ślubów ubóstwa. Prestiż zawodu pisarza wydaje mi się stosunkowo wysoki, skoro wygenerował taką propozycję – którą przyjąłem bo kocham samochody. Just like that. Pozostaję z szacunkiem." Myślę sobie też, że trzeba pogratulować marketingowi Mercedesa, który wymyślił Twardocha jako ambasadora marki. Chyba żaden ambasador nie wywołał tyle medialnego szumu, a co za tym idzie nie zwrócił uwagi na promowany produkt. Słupki sprzedaży na pewno poszły w górę. 

Szczepan Twardoch cieszy się codziennością, tym co życie przynosi mu w darze. Cieszy się swoimi synami, rodziną, tym, że po bułki idzie rano. Cieszy się, że wieczorem pije wino z przyjaciółmi i podchmielony wraca do domu. Czego więcej chcieć? Trzeba korzystać z chwili, kiedy jest dobrze i człowiek nie ma większych problemów. Trzeba cieszyć się z dziś, bo jutro jest niewiadomą. 

Serdecznie polecam książki Twardocha. Kto jeszcze ich nie miał w ręce, ten powinien po nie sięgnąć. Pozdrawiam mojego śląskiego brata Szczepana i życzę sobie, by kiedyś zdarzył nam się moment rozmowy nad szklanką dobrego piwa.

P.S. Pozdrawiam również mojego śląskiego męża!





niedziela, 10 stycznia 2016

Czego się boimy? "Demony, strzygi, diabły i zlot czarownic..."

WYSTAWA: Demony, strzygi, diabły i zlot czarownic
FABRYKA SZTUK, TCZEW

Ludzie od zawsze mieli potrzebę, by w coś wierzyć. Czasem katolicki Bóg był za daleko, albo był dla ludu niezrozumiały, zbyt uroczysty... sięgano więc za to, co za rogiem. A za rogiem tuż przy chłopskiej chacie czaiło się mnóstwo ciekawych stworów, które gmatwały w życiu czy też tłumaczyły jego bieg. 

Niedawno byłam na wystawie "Demony, strzygi, diabły i zlot czarownic" w Fabryce Sztuk, która ukazuje jakie różne dziwy spełniały ważne role w życiu polskiego ludu. Te wierzenia obrazują w dużej mierze codzienność chłopów. Co ciekawe następstwem tych wierzeń są przesądy, zabobony, których echo pobrzmiewa do dziś. 

W tym momencie najbardziej przerażającym demonem jest dla mnie Mamuna. Przeraża mnie, bo miesiąc temu na świecie pojawił się mój synek Jurasek, a Mamuna jest takim stworem co to podmienia dzieci. Wg ludowego wyobrażenia była to pół ludzka, pół zwierzęca postać. Zabierała z kołyski nowo narodzone dziecko, a w zamian podrzucała swoje potomstwo. Najbardziej zagrożone były dzieci jeszcze nie ochrzczone. Podrzutek Mamuny był niegrzeczny, płaczliwy i brzydki. Jeśli rodzice zorientowali się, że doszło do niefortunnej podmiany, mogli odzyskać swoje dziecko tylko w jeden sposób. O zgrozo... Trzeba było takiego odmieńca położyć na kupie gnoju i sprawić mu porządne lanie poświęconą rózgą! Płacz tego podrzutka mógł wzruszyć Mamunę i zmusić ją do oddania ludzkiego dziecka i zabrania swojego.

Bardzo groźne były również Południce. Powstawały w ciekawy sposób... rodziły się z dusz kobiet, które umierały tuż przed swoim ślubem. Południce chodziły po polach w czasie żniw i karały tych chłopów, którzy pracowali w największym słońcu (wiejska starszyzna odradzała pracować w najcięższym upale). Karą było.. łamanie kości, paraliż, duszenie, odcinanie głowy... 

Bardzo rozśmieszyła mnie postać Chowańca. Ten gagatek mieszkał razem z ludźmi w chałupie i pomagał w dbaniu o dobytek i w licznych pracach domowych. Jego ulubionym miejscem był zapiecek a żywił się kaszą i ziemniakami. Istniały przepisy na wyhodowanie sobie własnego Chowańca! Zachęcam do wypróbowania tego przepisu! Taki gospodarz powinien przez 9 dni nosić pod pachą kurze jajo. Ważne jednak były dwie kwestie: jajko powinno pochodzić od czarnej kury oraz ów gospodarz w okresie hodowania Chowańca powinien wystrzegać się kąpieli i modlitw.

Tamten świat wg chłopów był pełen takich dziwów. Oprócz wyżej wymienionych stworów były jeszcze krasnoludki, kłobuki,strzygi, licha, latawce, diabły, czarownice, zmory, demony leśne, rusałki, wodniki, płanetnicy. A w co my dziś wierzymy...?

Strzeż się Mamuny