Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DOM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DOM. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

Moje Święta

To będą pierwsze święta bez Babci. Nie bardzo to sobie wyobrażam. Babcia była przecież od zawsze i miała być na zawsze. Jednak okazało się, że moja rodzina nie różni się niczym od innych rodzin. Nie jest nietykalna i nieśmiertelna. Jakie będą święta bez babcinych pierogów i białego barszczu z grzybami, bez prezentów typu ciepłe kapcie, ciepły szlafrok, ciepły koc. Bez liczenia kto ile zjadł i że zawsze za mało. Babcia karmicielka, Babcia-Matka, seniorka rodu. W wieczór który umarła, moja Mama powiedziała mi po cichej i ciężkiej rozmowie: "Idź już spać Kasia. Spójrz na swoje dzieci, przytul się do nich. Tam w nich jest wciąż cząstka naszej Babci". 

Opowiem Wam o świętach z Babcią. Bo jeszcze tylko takie znam i pamiętam. Plan świątecznego działania zaczynał się już w początkach adwentu. Kto co robi, komu co kupić itd. Jednak najważniejszy był dzień Wigilii. W naszym domu, to dopiero tego dnia ubiera się choinkę. Po tej czynności następowała nerwowa bieganina - ostatnie sprzątania, zajmowanie kolejki do łazienki, pakowanie prezentów. W okolicach 16:00 wszyscy ładnie ubrani, z uśmiechem i wyczekiwaniem spotykaliśmy się przy wspólnym stole. Przed wyścigiem pt." kto zje najwięcej pierogów", mój Dziadek zmawiał krótką modlitwę. Modlitwa podziękowania za nas, za to co na stole i za dobrą przyszłość. Po tym każdy chwytał w dłoń opłatek i rozpoczynała się plątania pomiędzy członkami rodziny i składanie osobistych życzeń. Rodzice życzą nam więcej dzieci, my im zdrowia. Życzymy sobie wzajemnie dużo miłości i szacunku. Potem celebracja tego co na stole i dobra rozmowa. Lubiłam to już w dzieciństwie i chyba kochałam jeść pierogi na równi z czasem kiedy otwierałam prezenty. Zostanę jeszcze w czasie moich małoletnich lat. To tamte wspomnienia są najbardziej kolorowe i pełne emocji. Po kolacji Dziadek zabierał nas na piętro domu, gdzie mieszkałam z rodzicami i braćmi. Wnuki siadały na około Seniora i śpiewały wszystkie kolędy jakie tylko zna świat, Śpiewały przy akompaniamencie akordeonu. Mój Dziadek po 10-tej kolędzie zaczynał w końcu śpiewać "Stille Nacht", bo zna niemiecki z czasów swojego dzieciństwa, a my zawsze na to krzyk, że po polsku śpiewamy. Nagle, po ostatniej kolędzie świata i po jej 11-tej zwrotce słyszeliśmy dzwonek! To znak, że przyszedł Gwiazdor! Wszyscy jak jeden, a było nad ośmioro, rzucaliśmy się na schody! Kto pierwszy do choinki! Przepychaliśmy się na schodach w atmosferze wielkiego gwaru i śmiechu i docieraliśmy do salonu, gdzie pod choinką leżała góra prezentów! Babcia zawsze mówiła, że Gwiazdor był, ale musiał szybko iść, bo spieszył się do innych dzieci. Nie wierzyliśmy w Gwiazdora. Wiedzieliśmy, że to dorośli podkładają prezenty pod choinką, ale i tak zawsze dobrze było słyszeć to samo zdanie. Siadaliśmy na dywanie, a mój Tata czytał kartki przypięte do paczek. A potem było już tylko słychać "wow" i "dziękuję". Dziś ja, moi bracia i najbliższe kuzynki to same stare konie. I choć nadal została podtrzymana tradycja śpiewania kolęd z Dziadkiem, to przepychamy się na schodach już tylko dla draki i dla wspomnienia. Cieszymy się, że pojawiają się nasze dzieci, bo jest dla kogo tworzyć magię tego wieczoru.

Rozmawiałam z Mamą przyjaciółki o tym jak wyglądała Wigilia w ich domu, na Kociewiu. Wspomnienia o tym wywołały jej uśmiech. Choinka była ubierana w dzień Wigilii i zamykana w osobnym pokoju. Na choince wieszano jabłka, pierniki z dziurką i cukierki. Kolacja Wigilijna składała się z 12 potraw, lecz w tym liczono już np. chleb i sól. Główne dania stanowiły ryby, a to wszystko serwowano na tradycyjnym białym obrusie. Po kolacji dzieci pod choinką znajdywały talerze, na których dla każdego było kilka łakoci. Były także ciepłe czapki i szaliki robione przez Mamę. Pani Asia miała dwie siostry i opowiedziała, że każdego roku po kolei każda siostra otrzymywała tę samą celofanową lalkę, ale w nowym uszytym przez Mamę ubranku. A dla brata co roku był przemalowywany i odświeżany drewniany konik na biegunach. 

W książce Romana Landowskiego przeczytałam jeszcze o tym jakie potrawy podawano na stole w naszym regionie. Jak u Pani Asi były to głównie ryby ale i też kluski z makiem, chudy żur lub barszcz, kapustę z grzybami, pierogi z kapustą, fasolę, siemię konopne oraz brzan, czyli zupę z owocowego suszu. I oczywiście przygotowywano wolne miejsce z pełnym nakryciem przeznaczone dla nieobecnych wśród żyjących, samotnego gościa lub zagubionego wędrowca, który mógł zapukać do drzwi. My w tym roku przygotujemy miejsce dla Babci. Babciu, pobłogosław barszcz, by wyszedł taki jak Twój.




czwartek, 16 lutego 2017

Toskańskie wspomnienie. Jak w domu.

Zakatarzony Jurek więzi mnie w domu. Wydawało się, że już zbliża się koniec choroby, ale oto wróciła z nową siłą. Spędzamy więc czas na wycieraniu nosa, zabawach na dywanie, domowych obowiązkach typu: pranie, gotowanie, zmywanie i jeśli się uda, próbach wyrwania chwil tylko dla matki. Dajemy radę. Czasem działamy jak zgrany team, a czasem drzemy ze sobą koty. Jak to w rodzinie.

Tęsknie za dniem tylko dla siebie. Chciałabym gdzieś pojechać, uciec na dłużej niż tylko chwilę. Myślę, o wypadzie do Warszawy i wstąpieniu do "Pyzy, flaki, gorące", chociaż nie jadam flaków. Chcę pojechać do Poznania i odwiedzić tę kawiarnię, którą lubię... W moim Krakowie chcę iść w każdy znany kąt. Ale.. na razie jestem tu, z maluchem. I jedyna podróż jaką mogę odbyć, to podróż do wspomnień. Wracam więc myślą do ostatniego października, kiedy wybraliśmy się do Włoch. 

Nasi przyjaciele, którzy są w takiej samej sytuacji jak my (mają synka 2 dni młodszego od Jurka), postanowili porządnie wypocząć i wyjechać do Włoch... na miesiąc. Wynajęli dom w Toskanii i się tam wprowadzili z całym najpotrzebniejszym na ten czas dobytkiem. Zostali Włochami na miesiąc. Pozazdrościliśmy im i wprowadziliśmy się do nich, ale tylko na tydzień. To i tak wystarczyło, by się odprężyć, napić odpowiedniej ilości wina i zobaczyć kawałek tego pięknego świata.

Zamieszkaliśmy na obrzeżach małej miejscowości o nazwie Riparbella. Jak wyglądał nasz włoski dzień? Nasze dzieci rozpoczynały go zawsze o 5 - 6 rano. Spotykały się w salonie na kocach i zaczynały zabawy. Niestety, któreś z rodziców musiało im o tej porze towarzyszyć. Po chwili, gdy już przetarło się oko i wypiło pierwszą kawę z włoskiej kawiarki, to tak wczesne witanie dnia nie wydawało się już takie straszne. Około 8 zasiadaliśmy wszyscy do śniadania. Często na stole znajdywały się resztki z kolacji czyli sery, szynki parmeńskie, pomidory, oliwki, focaccia i rzecz najcenniejsza - oliwa z oliwek od lokalnego gospodarza. Po śniadaniu dzieci udawały się na pierwszą drzemkę. Był to spokojny czas dla nas na wdychanie ciepłej włoskiej ziemi przed domem, kontemplację wspaniałych widoków, rozmowę przy kolejnej kawie i grę w scrabble. Gdy dzieci się budziły, to pakowaliśmy je do samochodów i jechaliśmy na wycieczkę. Odwiedziliśmy chyba wszystkie pobliskie małe wsie i miasteczka, a także Pizę i Florencję. 

Uwielbiam toskańskie krajobrazy, czuję się tu tak dobrze, jak w domu. Miał rację mój krajan, poeta, ksiądz Janusz Pasierb, kiedy napisał: "Galilejska uroda Kociewia (...) z cieniami białych masywnych obłoków, wędrujących po wzgórzach, nad polami z dojrzewającym żytem, nad jasnymi kartofliskami, nad ciemnymi lasami, jeziorami rozsypanymi jak rybie łuski, nad łubinami krzyczącymi z radości! Tylko Toskania może stanąć obok tej uśmiechniętej ziemi." Bardzo dobrze czuję i widzę to podobieństwo, szczególnie w cieplejszych miesiącach. Łagodne wzgórza, malownicze pola, głębia wody i bogate plony, które daje ziemia. A nad wszystkim, w obu tych krainach, czuwa Maryja. W Toskanii widać ją w przeróżnych miejscach, ale prawie za każdym rogiem: w zagłębieniach domów, w przydrożnych kapliczkach i w starych kościołach. Lubię myśleć, że ktoś taki jak dobra Maryja opiekuje się moim włoskim i kociewskim domem.

Wracam do rzeczywistości. Koniec tej wycieczki. Wracam do Jurka, który właśnie śpi obok i nabiera sił na nowe psoty. Ja nie narzekam, ja nie narzekam. Jestem we właściwym miejscu. Roztaczam skrzydła swojej opieki nad rodziną, jak ta Maryja. Amen.

Nasz toskański dom

Widok z podwórka 1

Widok z podwórka 2

Widok z podwórka 3

5 rano. Moja zmiana.

5 rano. Moja zmiana.

Przyjaciele od zawsze.

Friends will be friends.

Florencja. W tle Santa Maria del Fiore. Na pierwszym planie włoskie życie: kawa i papierosy.

Włoskie życie: pizza, pasta, gelato.

Cecina.

Idź się zgub w labiryncie wąskich, starych uliczek.






A nad wszystkim czuwa Maryja.

piątek, 30 grudnia 2016

Żegnamy Stary Rok

Ostatnio miałam większą przerwę w pisaniu, bo zajęć w codzienności przybyło. Trochę się teraz uspokoiło i mam nadzieję częściej pisać i chwalić moje Kociewie. Przed nami jeszcze jedno ważne wydarzenie w 2016 - pożegnanie starego roku. Jak spędzacie Sylwestra? Większość zapewne hucznie i z przytupem, w nowej sukience, pod krawatem i z brokatem. U nas... znowu zacisze domu. Przyjadą przyjaciele z maluchem, więc będzie nam raźniej. Mam nadzieję, że dzieciaki będą spać, a my spędzimy wieczór na pogaduchach i grze w planszówki. 

Dawniej na Kociewiu w dzień pożegnania starego roku wcale nie urządzało się głośnych zabaw. Czas sylwestra spędzano raczej w gronie rodziny albo w lokalnej świetlicy razem z wiejską społecznością. Ostatni dzień roku to według tradycji czas magiczny, dlatego jak w Andrzejki organizowano dużo zabaw, które przepowiadały przyszłość. Najczęściej dotyczyły one oczywiście spraw sercowych. I tak zaczynało się od liczenia ile panna przyniosła drewna do pieca. Parzysta ilość oznaczała, że w Nowym Roku wyjdzie za mąż. (Tak sobie myślę, czy te baby nie liczyły ile brały polan? Szczęściu chyba można trochę pomóc!). Lano wosk i ołów do wody, a z figur, które powstały próbowano odczytać przyszłość. Na wodę kładziono również dwie skorupki po orzechach, do których wkładano zapalone świeczki. Jeśli połówki zbliżyły się do siebie, oznaczało to, że panna znajdzie swego kawalera. Rzucano też butem przez ramię. Jeśli but upadł przodem do drzwi, oznaczało to znowu rychłe zamążpójście. 

Gdy zbliżała się północ, męska część towarzystwa zaczynała trzaskać z batów, walić w blachy, dzwonić blaszanymi puszkami i głośno ostrzyć kosy. Hałas miał wypędzić stary rok. Ciekawa rzecz miała miejsce jeszcze w okresie międzywojennym w Starogardzie Gdańskim - w tę noc palono smolne beczki. Po północy, gdy jedni zamykali już oko, drudzy rozpoczynali czas psot i figli. Młodzi chłopcy wynosili bramy z gospodarstw, wymieniali sąsiadom zwierzęta w oborach, a najbardziej odważni i silni wnosili na dach chałup całe fury. Co to musiał być za widok z rana dla takiego bambra, gdy widzi swój wóz na dachu własnego domu!. 

Oczywiście jak dziś, wszyscy patrzyli na to jaki będzie pierwszy dzień Nowego Roku, bo przepowiadał on co się może wydarzyć. Wszystko miało znacznie - pogoda, samopoczucie, zachowanie przyrody. 

Krótka refleksja pod koniec starego roku... Jestem wdzięczna za teraz, za wszystko co mam, za dom który zbudowałam. Ostatnie lata lecą bardzo szybko. Czasami mam takie odczucie, że patrzę na to wszystko oczami staruszki. Wspominam, grzebię myślą w przeszłości, myślę o życiowych zakrętach i o ścieżkach, które wybrałam, a które miały ogromny wpływ na mój los. Jestem wdzięczna za teraz... A co by było gdybym poprzesuwała te wszystkie moduły? Gdybym została za granicą, albo podjęła inną pracę, albo nie wróciła na Kociewie. Z ciekawości czasem ruszam wyobraźnią i tworzę nową rzeczywistość. Chyba każdy to robi... Jednak "gdybaniem" nie tworzy się historii, więc zostawiam już ten temat i jeszcze raz dziękuję 2016 za dziś. Co przyniesie nam 2017? Sprawdźmy.

Ostatnie zdjęcie Jurka z 2016




wtorek, 24 maja 2016

Jak się ubrać po kociewsku?


Sprawa stroju kociewskiego jest dość skomplikowana... Postaram się nie wchodzić w liczne zakręty tej sprawy, bo nigdy nie dobrnę do końca, a wy skończycie czytać posta w połowie i niczego się nie dowiecie! Problem polega na tym, że do dziś nie zachował się żaden strój kociewski. Jeszcze w I połowie XIX w. Kociewianki przebierały w kufrach i nakładały tradycyjne stroje regionu na co dzień. W okolicach 1860 roku rozwinął się przemysł włókienniczy i zaczęto nabywać nowe ubrania - gotowe i tanie. Na zmiany w tradycyjnym stroju miały wpływ również liczne migracje ludzi do regionu. To i wiele innych powodów sprawiło, że dziś musimy badać i analizować, by dowiedzieć się jak wyglądał tradycyjny strój kociewski. Czy udało nam się to odkryć? Czy jesteśmy po prostu blisko prawdy?

Rekonstrukcją stroju kociewskiego na podstawie licznych opisów, ankiet, różnych badań i przekazywanych opisów z pradziada na dziada zajął się jeszcze przed II wojną światową etnograf Józef Gajek. 


"Według tego badacza strój męski składał się z koszuli, spodni sukiennych lub płóciennych, kamizelki sukiennej i sukmany. Koszulę szyto z bielonego płótna, wykańczając stojącym kołnierzykiem i długimi rękawami, ujętymi w oszewkę zapinaną na guzik. Od święta kołnierzyk przewiązywano czarną tasiemką w kokardę. Spodnie noszono samodziałowe - na co dzień szare, od święta granatowe. Posiadały one z przodu tzw. klapę zapinaną obustronnie na guzik. Nogawki wpuszczano w cholewiaste buty. Na koszulę zakładano kamizelkę sukienną, granatową lub czarną, wykończoną niskim kołnierzykiem - stójką. Dawniejsze kamizelki były ponoć znacznie dłuższe, z tyłu suto fałdowane, podbite czerwoną, barchanową podszewką i opatrzone dwoma rzędami błyszczących guzików. Od święta wkładano długą do pół łydki sukmanę z grubego, granatowego (ciemnomodrego) lub czarnego sukna samodziałowego. Była ona z przodu gładka, z tyłu zaś od stanu - rozkloszowana i obficie fałdowana. Kołnierz miała z tyłu wąski, postawiony, przechodzący do przodu w trójkątne, odstające klapy. Rękawy były proste, bez mankietów. Zapięcie sukmany stanowiły jeden albo dwa rzędy guzików. Pospolitym nakryciem głowy była tzw. baranówka - cylindryczna, dość wysoka czapa z czarnego lub siwego futerka. Letnie baranówki były niższe z płócienną podszewką. Pod koniec XIX w. upowszechniły się tzw. maciejówki - okrągłe czapki z czarnego lub granatowego sukna z otokiem i daszkiem. Dodatkiem do stroju męskiego były: łańcuszek do zegarka, tabakierka rogowa lub z kory wiśniowej, albo brzozowej, skórzana sakiewka na pieniądze oraz duża, kolorowa chusta do nosa.


Strój kobiecy w II połowie XIX w. składał się z długiej koszuli, kilku spódnic, kiecy i sznurówki, czepka dla mężatek i chustki na głowę dla ogółu kobiet. Na nogi wdziewano czarne, granatowe lub białe pończochy i wysokie, sznurowane, czarne buciki. Nowszym strojem była suknia jednolita, złożona z kiecy i przyszytego do niej stanika. Kociewianki nosiły 2-3 spódnice, nakładane kolejno na koszulę. Pierwsza zwykle z białego, gładkiego płótna; druga barwna w kolorowe kwiatki. Obie wykańczano u dołu ząbkowaną koronką. Trzecia spódnica wykonana była z płótna barwionego na kolor czerwony, brunatny, modry lub zielony. Ta ostatnia posiadała ukrytą z tyłu kieszeń - na drobiazgi. Jako odzienie wierzchnie na spódnicę nakładano kiecę zwaną też dołkiem. Szyto je z wełnianego samodziału - czerwonego lub brunatnego dla kobiet młodych, a granatowego lub czarnego dla starszych. Kiece wykańczano u dołu dla ozdoby kilkoma rzędami czarnej tasiemki lub pasem aksamitu (tzw. lamówką). Górną część odzieży wierzchniej stanowiła obcisła, bezrękawna sznurówka (rodzaj gorsetu) z przodu sznurowana lub zapinana na haczyki. Uzupełnieniem stroju kobiecego były fartuchy, wykonane z różnorodnych materiałów i różnych barwach. Najczęściej jednak uszyte były z białego płótna. Od święta panny nosiły białe, wełniane pończochy (mężatki zaś granatowe lub czarne), które robiono na drutach. W tym czasie mężatki nosiły też tzw. jupki - ciepłe kaftaniki z grubszego sukna w kolorach: siwym, brązowym lub czarnym, podszyte czerwonym barchanem. Kobiety starsze nosiły zwykle obuwie czarne, dziewczęta zaś brązowe, sznurowane lub zapinane na guziki. Jako okrycie głowy stosowano białe, płócienne czepki, lub kolorowe chusty, które składano w trójkąt i wiązano pod brodą. Dodatek do stroju kobiecego stanowiły korale z barwionego szkła lub bursztynu. Kociewianki nosiły też bursztynowe, rogowe lub metalowe broszki oraz tzw. zausznice (kolczyki)."

Strój ludowy jest bardzo ważnym elementem naszej tożsamości. Przypomina o tym co było i każe patrzeć w przeszłość z sentymentem i zaciekawieniem. Dziś stroju kociewskiego nie ubiera się na co dzień. Pewnie! Też wolę wcisnąć się w wygodne jeansy i narzucić na grzbiet luźną koszulkę. Muszę jednak powiedzieć, że świetnie czułam się w kolorowych kociewskich spódnicach, kiedy biegłam w żółte pole rzepaku! Zamiatałam kiecą ziemię, szurałam obcasem i plotłam wianki. Towarzyszyła mi wielka radość oraz poczucie zespolenia się z krajobrazem. 



Zespół Subkowiaki, który prowadzi moja Ciocia - Alicja Słyszewska. W zespole na akordeonie gra mój Dziadek Stanisław Cisewski i śpiewa moja Babcia - Jadwiga Cisewska.

Strój kociewski - ze zbiorów Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim.

Rzeźby Kociewiaków - www.tkaczykowa.pl


Merytoryczne treści dotyczące stroju pochodzą ze strony www starogardzkiego powiatu! 

Bardzo pomogła mi również Iza Czogała - przewodnik merytoryczny z Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim. Bardzo dziękuję za zaangażowanie w temat!
A skąd mam strój kociewski? od Cioci, która jest Kociewianką pełną gębą! O niej jeszcze Wam opowiem!

niedziela, 8 maja 2016

Subkowy, źli księża i król Zygmunt III Waza

W dzieciństwie jadłam warzywa z ziemi i owoce prosto z krzaczka, biegałam po polach i wspinałam się po drzewach. Był to czas pełen miłości, świeżego powietrza i dobrych smaków z kuchni mojej Babci. Ten szczęśliwy okres życia spędziłam w Subkowach, we wsi niedaleko Tczewa. Wieś to spokojna, wieś wesoła, wieś sielska-anielska. Ale ma też swoje tajemnice...

Najwcześniejsza wzmianka o Subkowach pochodzi z 1282 roku. Nazwa miejscowości wywodzi się od księcia pomorskiego Sobka, zwanego również Sobiesławem. Ziemia Subkowska została przekazana biskupom włocławskim, którzy we wsi zbudowali dla siebie pałac. Okazały dwór zbudowany w latach 1323-1366 powstał z cegły osadzonej na kamiennych fundamentach. W miejscu dworu znajduje się dzisiejsza szkoła podstawowa im. Leonida Teligi, do której chodziłam. Pozostałością po pałacu biskupów jest zachowane w piwnicach szkoły sklepienie kolebkowe z lunetami. Do niedawna w toalecie chłopców były również tajemnicze drzwi..., które podobno stanowiły wejście do tunelu łączącego dawny dwór z pobliskim kościołem i wsią Radostowo! Tak, tak, zakradałam się do męskiej łazienki nie po to, by podglądać siusiaki, tylko żeby zobaczyć wejście do sekretnego przejścia. Lokalna legenda mówi, że przechodzili tamtędy uwięzieni w lochach dworu księża. Był tam na przykład proboszcz, który 1809 roku rozdawał komunię świętą w dwóch postaciach. Był również taki, który ożenił się z jedną ze swoich parafianek. Specjalnie dziś wybrałam się do Subków, żeby zobaczyć, czy drzwi nadal istnieją. Zakradłam się do łazienki, by to sprawdzić. W pamięci miałam obraz brzydkich, starych szkolnych łazienek. Rzeczywistość przedstawiła mi zupełnie nowe przestrzenie. Nierówne zawsze ściany toalet dziś pokryte są gładką żółtą kaflą... i nie ma śladu po drzwiach! Zapytałam o to dyrektora szkoły, powiedział, że drzwi otworzono, ale za nimi znajdowała się jedynie murowana ściana, więc nie można było sprawdzić czy tajemniczy tunel naprawdę istnieje. Sprawa jednak nie jest zamknięta. Wiem, że kilku przedstawicieli subkowskiej społeczności postara się zainteresować tą sprawą odpowiednie instytucje i pozyskać pieniądze na weryfikujące badania gruntu. 

Subkowy, dzięki pałacowi biskupów, były ważnym celem podróży znamienitych gości. Chętnie przebywali tu duchowni nie tylko z Włocławka, ale i z Gdańska, a szczególnie wtedy, gdy zburzony został pałac biskupów z górki położonej pod Gdańskiem, zwanej dziś po prostu Biskupią Górką. Najważniejszą osobą, która odwiedziła moją wieś był król Polski Zygmunt III Waza (podobno spędził w Subkowach aż cały miesiąc wraz ze swoim dworem). Kolejną osobą wartą wspomnienia był generał Henryk Dąbrowski. Leczył tu swoje rany po starciu z wojskami pruskimi w bitwie o Tczew, w 1807 roku. 

I Ty czytelniku odwiedź moją wieś. Znajdziesz tu piękną przyrodę i kawał historii. A także wielu życzliwych i uśmiechniętych ludzi, Kociewiaków. 

Szkoła Podstawowa im. Leonida Teligi. Miejsce dawnego pałacu biskupów włocławskich.

Sklepienie kolebkowe z lunetami zachowane w szkolnej świetlicy. Tu jadłam kisiel!

Kościół w Subkowach, XIII-XIV wiek.
Młyn parowy (1911), budynek istnieje do dziś.
Pomnik upamiętniający pomordowanych Subkowiaków w czasie II wojny światowej.
1905-1920 - hotel i sklep J. Pomierski. Budynek istnieje do dziś. Mieści się tu piekarnia mojego wujostwa (pyszny chleb!) , sklep żelazny i Subkowski Dom Kultury.
Dworzec w Subkowach. Budynek istnieje do dziś.
Pocztówka z roku prawdopodobnie 1915. Przedstawia kościół, budynek parafialny, dworek i gospodę.
Pocztówka przedstawia gospodę (niestety budynku już nie ma) i kościół w Subkowach.
Zdjęcie przestawia Subkowy z roku 1940. Widok z okna dawnej szkoły. Zdjęcie udostępnione przez mojego wujka Stasia Michnę! 
Przystojny subkowski szewc - Jan Filbrandt.
Jak opis mówi - budynek dawnej szkoły w Subkowach.
Dolina Dryboku - małej strugi przepływającej przez wieś. Tu moja Mama Ela Cisewska wraz z Panią Asią Kończewską koordynowały projekt terenowej ścieżki dydaktycznej "Nad Drybokiem".
Drybok
Wspomnienie ze spaceru.
Mąż i pies na polnej ścieżce.
Źródłem wielu powyższych informacji jest wydana publikacja przez działające przy szkole w Subkowach Koło Krajoznawczo Turystyczne PTTK „Zaplątane Sznurówki”. Bardzo się cieszę, że wśród młodzieży są takie fajne, dociekliwe osoby interesujące się swoją najbliższą historią! Szczególne brawa należą się osobie, która bardzo aktywnie przy tym działa - nauczycielowi historii w szkole w Subkowach - Panu Dominikowi Szupryczyńskiemu.

Dla osób bardziej zainteresowanych polecam lekturę artykułów Pana Marka Kordowskiego - Kociewski Magazyn Regionalny nr 68-79.

piątek, 25 marca 2016

Wielkanocne tradycje na Kociewiu

W tym roku Wielkanoc na wyjeździe! Matka się rusza z domowej klatki, pakuje swojego Juraska i w drogę! Bardzo się cieszę na ten wyjazd, bo odwiedzimy wiele bliskich nam osób. Dni świąteczne spędzimy z rodziną w Jordanowie, potem udamy się do Dusiowego domku w Lanckoronie, a następnie pojedziemy na stare śmieci, czyli do Krakowa! Przygód będzie co niemiara! Ale ta wycieczka nie powstrzyma mnie przed opowiedzeniem, jak to się spędza Wielkanoc na Kociewiu! A jest o czym opowiadać! 

Już w Wielki Czwartek działy się na Kociewiu ciekawe rzeczy. Palono wtedy "Judaszowe ogniska". W gospodarstwie palono wszelkie śmieci, suche trawy i chrusty. W tym okresie nie było sucho, więc podpalone odpady nie buchały płomieniem, tylko tliły się i mocno kopciły. Dym wił się ciężko po ziemi i roznosił powoli po okolicy gryząc wszystkich w oczy. Wlokły się takie "judasze" przez cały dzień i psuły nastroje. Jednak gdy pogoda okazywała się ładna i słoneczna, dym unosił się ku górze, ku niebu. Wg kociewskiej przepowiedni, takie zachowanie "judasza" mogło oznaczać jakieś nieszczęście. 

Wielki Piątek to czas zadumy i postu. W ten dzień nie wypadało głośno się śmiać i bawić, unikano wykonywania ciężkich prac domowych, a także szczególnie przestrzegano zasad ścisłego postu, więc jadano tylko suchy chleb i pito wodę. Dziś odwiedziłam moich Dziadków, którym bliskie są tradycje regionu. Na obiad mieli śledzia w śmietanie i ziemniaki. Proste, postne danie. I choć powinnam wręcz płakać i umartwiać się nad tym śledziem, to tak mi smakował, że poprosiłam o dokładkę!

W Wielką Sobotę gospodynie piekły tradycyjny wielkanocny chlebek nazywany Paską, która była wypiekana z razowej mąki pszennej, gryczanej albo żytniej. Przy wyrabianiu ciasta należało zachować bezwzględną ciszę (co w przypadku kobiet mogło okazać się bardzo trudne) i do tego w izbie nie mógł przebywać żaden mężczyzna. Chłopcom, którzy zignorowali tę tradycję groziła przykra dolegliwość, a dorosłym mężczyznom siwe wąsy. Zadaniem młodych mężatek było posmarowanie chlebka słoniną i przyozdobienie go znakiem krzyża. Ciekawa rzecz - jeśli w kościele doliczono się 24 przypalonych chlebków, mogło to oznaczać upalne lato! 

W ten dzień barwiono jajka poprzez użycie tego, co daje matka natura. Żółty kolor otrzymywało się dzięki liściom brzozy, olchy, kory szakłaka i młodej jabłoni. Kolor czerwony można było uzyskać z kory kruszyny i dębu oraz z łupin cebuli. Marchew i dynia barwiły na pomarańczowo. Bordowy kolor dawała gorąca kąpiel w łupinach orzecha. Tarnina dawała kolor niebieski, a różne zioła czy listki oziminy zmieniały bladą skorupkę jajka w zieloną. Tradycję kraszenia jajek siłami natury do dziś kultywuje moja Babcia Jadzia, używając przede wszystkim łupin cebuli. Pamiętam, gdy byłam mała, Mama zdobiła z nami jajka za pomocą nałożonego na główkę od szpilki gorącego wosku. Taki wosk na bladym kurzym jajku był prawie niewidoczny, więc dzieło powstawało "na oślep". Efekt można było podziwiać dopiero po nałożeniu na jajko odpowiedniego barwnika. Nasze wielkanocne jajka pewnie nie zawsze były dziełem sztuki, ale Mama zawsze się nimi zachwycała. Jak to Mama! 

A co tego dnia robili gospodarze? Też malowali, ale co innego. Znaczyli krzyże nad wejściem do domu oraz na wszystkich budynkach gospodarczych, za pomocą węgla z przydomowego paleniska. 

Piękna sprawa miała miejsce w okolicach północy. Młode dziewczęta w ciszy szły do najbliższego strumienia i zanurzały się w wodzie. Następnie nabierały wodę do dzbanów i zanosiły do domów. Taka woda mogła uzdrawiać chorych na duszy i ciele.

Po sobocie nadchodziła niedziela, dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Na znak tego wydarzenia już o świcie wybierano się za Rezurekcję czyli szczególne nabożeństwo połączone z procesją, podczas której młodzież mocno hałasowała naśladując grzmoty i trzęsienia ziemi towarzyszące otwarciu Pańskiego Grobu. Po tym wydarzeniu wracano do domu i rozpoczynało się uroczyste śniadanie w gronie rodzinnym. Dawniej nie święcono śniadaniowych pokarmów w kościele. To gospodarz domu kropił potrawy za pomocą wierzbinowej gałązki umoczonej w święconej wodzie. Na stołach znajdowały się same smakowitości. Oczywiście czołowe miejsce zajmował koszyk z jajkami i baranek z cukru czy formowany z masła. Poza tym podstawą śniadania był chleb, wędliny, sery, chrzan, ciasto i sól. W dobrym gospodarstwie nic się nie mogło zmarnować, tak więc skorupki od jajek zakopywano w ogródkach i pod drzewami w sadach, by odstraszały szkodniki i wzmacniały rośliny.

Tego dnia uciechę miały szczególnie dzieci, bo przychodził do nich Wielkanocny Zajączek, który na polu czy w ogrodzie zostawiał słodkie niespodzianki i malowane jajka. Za moich czasów były to już koszyki z kinder niespodzianką i wafelkiem prince polo!

Po niedzieli mamy poniedziałek. Na Kociewiu był to dzień bolesnej zabawy. Od samego rana szmagano witkami brzozy po nogach. Mój Dziadek Staś zawsze mawiał, że szmaganie "liczy się" tylko wtedy, kiedy swoją ofiarę zastanie się jeszcze w łóżku. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba nigdy nie udało mi się wyszmagać Dziadka, bo ten wstawał bladym świtem, a ja jako dziecko lubiłam sobie smacznie pospać. POSPAĆ! ...Ojej, mogłabym tu jeszcze coś popisać, ale powinnam iść spać, bo za 8 godzin wyjeżdżamy, a ja nawet nie jestem do końca spakowana. Już widzę, jak rano ruszamy z co najmniej 2 godzinnym opóźnieniem i szukamy winnego, kto się do tego opóźnienia bardziej przyczynił. Pewnie padnie na Jurka, bo ten się jeszcze bronić nie może. 

Kończąc ten post życzę wszystkim Wesołych Świąt i smacznego jaja!

Dzisiejszy obiad postny u Dziadków. Śledź w śmietanie i ziemniaki.

Świąteczny koszyk z kociewskimi kraszankami.

W moim domu to Tata piecze świąteczny chleb. 

Wielkanocny stół w moim rodzinnym domu. Będzie mi go brakować w te Święta. I wszystkich tych, którzy zasiądą przy tym stole.


wtorek, 22 marca 2016

Skąd wiadomo, że to już Wiosna?

Zawsze w tym okresie robię się niecierpliwa i codziennie wypatruję nowych dowodów na początek wiosny. Plusowa temperatura, przebiśniegi, krokusy, pierwsze pąki na drzewach, powracające gęsi i bociany, śpiewające skowronki, szybujące jaskółki i to coś, co się czuje w powietrzu. Czekam, aż słońce się wzmocni na tyle, by dzielić się ze mną swoją energią i światłem. Chłonę to, co dostaję od natury i jestem wdzięczna.

Natura nigdy nie ma tak mocnego głosu jak właśnie na początku wiosny. Wszystkie zwiastuny tej pory roku są ściśle związane z naszą matką ziemią. Można to stwierdzić nawet na podstawie starych polskich porzekadeł i prawd. "Jedna jaskółka wiosny nie czyni", "Jak skowronek zaświergoli, myślą chłopi o roli", "Na świętego Kazimierza, dzień się z nocą przymierza", "Na świętego Grzegorza, idą rzeki do morza", "Gdy na Józefa bociany przybędą, choroby zbożom szkodzić nie będą". 

Drapię się po głowie i zastanawiam, kiedy ostatni raz topiłam Marzannę? Pamięć moja sięga do czasów szkoły podstawowej. Marzanna - dziewczyna ze słomy, odziana w kwietną szmatkę i nadziana na kij od miotły. Los jej kończył się w odmętach najbliższej wody. W moim przypadku, Marzanna z mojego dzieciństwa topiła się w subkowskim Dryboku. W ten sposób żegnaliśmy zimę, wcale nie żałując tej zasiedziałej królowej. Nadchodził czas nowego panowania - jej wysokość wiosna wstępowała na tron i oplatała go delikatnymi gałązkami wierzbiny. Wiośnie towarzyszył cały, kolorowy dwór fauny i flory. Wśród tego towarzystwa był również dostojny, długonogi "bocion", który na Kociewiu otoczony jest szczególną czcią i szacunkiem. Bocian planuje powrót z ciepłych krajów między 19 a 25 marca, bo wie że "na świętego Józefa bocianów pełna strzecha". Gdyby jednak się zagapił i nie pojawił na czas, to już na pewno "na Zwiastowanie bociek w gnieździe stanie". 25 marca to dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. W tradycji ludowej to święto jest różnie nazywane: święto Matki Boskiej Roztwornej, Strumiennej, Kwietnej czy Ożywiającej. Jednak zawsze wierzono, że dzień brzemiennej Matki Jezusa jest ściśle powiązany z brzemienną Matką Ziemią. Warto też zapamiętać jaka pogoda będzie tego dnia, ponieważ zapowie ona co nas czeka na Wielkanoc ("Zwiastowanie Maryi zapowiada, jaka w Wielkanoc pogoda się nada").

Wracając do pana bociana, przypominam sobie, że z tym wspaniałym ptakiem wiąże się kilka przepowiedni. Wypatrujcie bocianów i sprawdźcie co one powiedzą... Kto zobaczy pierwszego w roku bociana w locie, ten jest człowiekiem pracowitym. Kto zobaczy go stojącego na łące, ten niestety jest leń śmierdzący. Jeśli bocian będzie czysty, to rok powinien być suchy. Brudny bocian zapowiada deszczowe lato.

Bardzo lubię tczewską tradycję witania pór roku. Na naszym placu Hallera, w sercu Starego Miasta, stoi kamienica nr 8, która na swoim szczycie ma 4 figurki symbolizujące wszystkie pory roku. Figurki z kamienicy zostały wiernie odtworzone i przy każdej kalendarzowej zmianie pory roku, na postumencie ustawionym na placu, staje odpowiednia postać. 21 marca miasto powitało figurkę wiosny. Ta uroczystość jest w Tczewie hucznie obchodzona, szczególnie przez dzieci ze wszystkich okolicznych szkół i przedszkoli. Cały plac zapełnia się kolorowym i głośnym tłumem maluchów, które dzięki swojej naturalnej radości najlepiej wiedzą jak powitać nową królową. 

Wiosna, ach to Ty! Jak dobrze wyjść na dwór i poczuć nową, świeżą aurę. Człowiek od razu czuje się inaczej - rześki, otwarty, gotowy do działania. W głowie mam kilka nowych pomysłów, które czekają na realizację. Aż sama trzymam za siebie kciuki! Ten czas jest dla mnie ważny jeszcze z innego względu. Jest to pierwsza wiosna w życiu mojego synka Juraska. Chcę mu pokazać świat w nowych, zielonych barwach!

Tczewska Wisła

Wiosna w Parku Miejskim w Tczewie

Figurka Wiosny na Placu Hallera

Kamienica nr 8 z porami roku

Synek Jurasek